kursor

poniedziałek, 17 lutego 2014

Rozdział XXXVII

Rano usłyszałam klakson. Ja i Mike otworzyliśmy oczy w tym samym momencie. Wstałam, odsłoniłam rolety i zobaczyłam moich rodziców. Zdziwił mnie fakt, że byli z Connorem.

-Mike. Zapraszałeś Connora?

-Nie, a dlaczego?

-Bo przyjechał z nimi.

-To fajnie.

-Fajnie? Chyba nie zdajesz sobie sprawy z powagi sytuacji. Już słyszę te jego docinki. "No siostrunia, ładnie poszalałaś.", "Widzę, że nie próżnujesz."

Usłyszałam stłumiony śmiech zza pleców. Mike zakrywał dłonią usta.

-Śmieszy cię to?

-Nie, skądże.

-Wydaje mi się, że jednak tak.

-Kochanie, uspokój się. Jesteś w ciąży i to niezdrowo tak się denerwować.

Nie miałam ochoty przyznawać mu racji, chociaż dobrze wiedziałam, że ją ma.

-No dobra.

Znów klakson.

-Chyba powinniśmy do nich zejść- odrzekłam.

-A może nie?

-Lepiej tak- powiedziałam, po czy ubrałam szlafrok i zeszliśmy oboje- Nie znasz tak dobrze mojej mamy.

Kiedy otworzyliśmy drzwi i wyszliśmy przed dom mama od razu mnie uściskała i weszła do domu. Potem podszedł tata.

-Wybaczcie mi za Connora, ale sam się napatoczył.

-To żaden problem- odrzekł Mike.

-Proszę, wejdź tato.

Po tacie podszedł Connor. Był brunetem wyższym ode mnie, może wzrostu Michaela, nosił przydługawe koszulki i poobdzierane jeansy do kompletu z trampkami za kostkę.

-Cześć siostrunia.

-Cześć braciszku.

-Cześć, Connor jestem- powiedział i wyciągnął rękę do Mika.

-Michael Jackson. Miło mi.

Po czym wszedł do domu.

-Wasze pokoje są na górze po lewej- odrzekłam.

-Chodźcie, pójdziemy się rozpakować.

Kiedy weszli po schodach Mike westchnął.

-Co mi przyszło do głowy?

-Też się właśnie zastanawiam. Oni są jak małe dzieci. Ucz się teraz na nich.

Poszłam do kuchni, kiedy mama weszła.

-A jak tam dzieci?

-Na razie nigdzie się nie wybierają.

-Miejmy nadzieję.

-Mogliśmy zabrać jakieś zwierzątko.

-Connor wam nie wystarczy?

-Nie żartuj tak. W głębi serca to dobry chłopak.

-Jakiego serca?

Mama spojrzała na mnie srogo.

-Okej, okej już dobra. Chcesz herbaty?

-Nie pozwolę ci się tak męczyć. Sama zrobię.

Wtedy wszedł Connor.

-Ładna chata.

-Dzięki.

-To tu je zmajstrowaliście?- puścił mi oko.

-A to już nie twój interes.

Zaśmiał się.

-Tylko tak dalej bracie, a może sam niedługo będziesz chodził z brzuchem- odegrałam się.

-Potwornie zabawne.

-Uważaj, żebyś się nie posikał ze śmiechu.

-Skończcie już!- powiedziała mama- Zachowujecie się jak dzieci. Ty Connor masz prawie dwadzieścia siedem lat. A ty Jessie niedługo będziesz miała potomstwo. Błagam was! Dorośnijcie w końcu.

-Przepraszam- odrzekłam.

-Sorki- powiedział Connor.

-Ech, to będzie długi dzień- westchnęła.

Nie tylko dla ciebie- pomyślałam.

-A gdzie tata?

-Ogląda chyba z Michaelem konie.

-Mogłam się domyślić.

Nagle weszli do domu. Byli cali w błocie. Przejechałam dłonią po czole. Wieczorem, kiedy wszyscy leżeli w łóżkach, Mike zaczął mnie całować. Leżałam na krawędzi, więc łatwo było spaść. Nachylił się nade mną i zaczął obcałowywać całą twarz i szyję. Nagle moja mama weszła do pokoju. Mike podniósł głowę i zanim się obejrzałam leżał na ziemi.

-Mike, wszystko gra?

-Tak, żyję. Nie martw się.

-Ja weszłam zapytać tylko, gdzie masz maść na ból mięśni.

-Na dole w apteczce.

-Dziękuję i dobranoc.

Zamknęła drzwi. Bez ubrań wyskoczyłam z łóżka i klęknęłam obok Mika.

-Nic ci się nie stało?

-Nie. Chyba nie.

-Wejdź na łóżko, to cię obejrzę.

Mike położył się na brzuchu, a w tym czasie ja oglądałam jego plecy.

-Nic. Połóż się na plecach.

Odwrócił się i zobaczyłam nieładnego siniaka obok biodra.

-To będzie cię chyba boleć.

Dotknęłam go lekko.

-Auć!

-Przepraszam. Pójdę po coś na siniaki.

Ubrałam się w piżamę i szlafrok i zeszłam do salonu po maść. Kiedy nacierałam nią Michaela znów ktoś wszedł.

-Jessie, gdzie macie szklanki?

-Tata?

-Tak.

-Ech. Na dole w kuchni nad piekarnikiem.

-Dziękuję i już wam nie przeszkadzam- mrugnął.

-Czy to są jakieś żarty?!- krzyknęłam, kiedy wyszedł.

-Nie denerwuj się.

-Jak mam się nie denerwować?! Rodzice bez pukania wchodzą do naszej sypialni, jesteś cały poobijany i jeszcze mój "kochany braciszek" sprowadził mi się do domu!

-Nie jestem poobijany. To nic takiego, tylko zwykły siniak.

-A jak skręcisz sobie kark to pewnie powiesz "To nic takiego, przejdzie mi"?!

Po chwili ciszy odrzekł:

-Wtedy to chyba już nic nie powiem.

Westchnęłam i położyłam się na łóżku tyłem do niego. Przytulił mnie i powiedział:

-Przepraszam. To nie było śmieszne.

-Nie, nie było.

-Przepraszam.

Odwróciłam się do niego, pogłaskałam po policzku i westchnęłam:

-Nie masz za co przepraszać. Martwię się tylko o ciebie.

-Nie musisz. Jestem dorosły i dam sobie radę.

-Wiem i ufam ci.

-To jeżeli mi ufasz to idź spać.

Przytuliłam się do niego i zapadłam w sen. Następny miesiąc minął zanim się obejrzałam...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz