Byłam już w szóstym miesiącu ciąży, a dzieci coraz mocniej kopały. Michael był tym zachwycony. Ja również. Pewnego dnia zapytałam:
-Kupimy kota?
-Kota? A po co ci kot?
-Bo kotki są takie delikatne i milutkie. I jak się będzie chciał przytulić, to cię nie zgniecie, prawda Luka?
Zaskomlał.
-A jakiego kota chciałabyś konkretnie?
-Myślałam o rosyjskim niebieskim.
-Niebieskim?
-Tak nazywa się jego maść.
Po chwili zastanowienia Mike odrzekł:
-Pomyślę jeszcze.
Ucieszona usiadłam mu na kolanach i cmoknęłam w usta.
-Dziękuję.
-Jeszcze nic nie obiecałem, ale nie ma za co.
Jutro są moje urodziny, więc może moje życzenie się spełni. Po śniadaniu poszliśmy na wolny spacer.
-Albo kiedyś jak byłem młody i chciałem wyrwać dziewczynę to postawiłem włosy na żel i chodziłem jak kowboj na westernie.
Nie mogłam powstrzymać śmiechu.
-Naprawdę?
-Tak. Potem przez tydzień śmiała się ze mnie cała szkoła.
-A ja... kiedyś jak byłam mała weszła do zoo do kangurów i przez godzinę nie mogli mnie znaleźć.
-Do kangurów?
-Mhm.
-Ale po co?
-Nie wiem. Lubiłam wtedy kangury.
Dzień minął szybko. Następnego ranka, kiedy zeszłam na dół, w kuchni leżała paczka. Kiedy ją otworzyłam zobaczyłam małe, szare kociątko. Powitało mnie swoim cichutkim "miał". Wzięłam je ostrożnie na ręce i nakarmiłam i dałam wody. Nagle wszedł Luka. Położył się obok kotka i przyjacielsko trącał go nosem. Był o wiele, wiele większy od niego. Nagle do domu wszedł Michael. Uśmiechnął się do mnie i szybko schował ręce za plecy.
-Hej.
-Hej- odpowiedziałam.
-Widzę, że znalazłaś już prezent.
-Owszem. Nie ukryłeś go za dobrze.
-Tak wiem.
Podszedł do mnie i podał mi bukiet.
-Wszystkiego najlepszego kochanie.
-Pamiętałeś?
-Jak mógłbym zapomnieć?
Położyłam kwiaty na stole i objęłam go za szyję.
-Jak ja straszliwie cię kocham.
-Ja ciebie też.
Pocałowałam go mocno i długo, a to znaczy dopóki rodzice nie weszli do domu.
-Jessie! Wszystkiego najlepszego!
-Dziękuję.
Podali mi pudełko, a był tam śliczny zegarek.
-Jest super, dziękuję.
Po obiedzie bawiłam się na kanapie z kotkiem. Nie wymyśliłam mu imienia. Może... Midnight? Tak, Midnight będzie świetne. Później przyszedł Mike.
-I jak u was?
-Świetnie. On jest taki rozkoszny.
-Ma już imię?
-Ma. Midnight.
-Północ?
-Tak, północ.
Mike wzruszył ramionami. Usiadł naprzeciw mnie i zawołał kota. Maluszek podbiegł do niego, a on wziął go na ręce.
-Hmmm... Może się do niego przekonam.
-Mam nadzieję.
-W sumie to jest nawet słodziutki.
-Mówiłam, że nie pożałujesz?
Podszedł do mnie, oparł się rękoma o oparcie kanapy i szepnął mi do ucha:
-Ale moim ulubionym kotkiem jesteś ty.
-Nie ładnie tak faworyzować.
-Kogoś muszę.
-Nie, nie musisz. Midnight, chodź tu.
Pomogłam kociątku wejść na kanapę i zaczęłam głaskać jego miękkie futerko. Luka prychnął.
-Nie bądź zazdrosny- odrzekł Mike- Chodź, tu to cię pogłaskam.
Luka cały szczęśliwy położył mu łeb na kolanach. Wszyscy niecierpliwie czekaliśmy na mój poród, który miał się odbyć za dwa miesiące, które minęły zanim się obejrzałam...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz