kursor

wtorek, 18 lutego 2014

Rozdział XXXIX

Byłam już w szóstym miesiącu ciąży, a dzieci coraz mocniej kopały. Michael był tym zachwycony. Ja również. Pewnego dnia zapytałam:

-Kupimy kota?

-Kota? A po co ci kot?

-Bo kotki są takie delikatne i milutkie. I jak się będzie chciał przytulić, to cię nie zgniecie, prawda Luka?

Zaskomlał.

-A jakiego kota chciałabyś konkretnie?

-Myślałam o rosyjskim niebieskim.

-Niebieskim?

-Tak nazywa się jego maść.

Po chwili zastanowienia Mike odrzekł:

-Pomyślę jeszcze.

Ucieszona usiadłam mu na kolanach i cmoknęłam w usta.

-Dziękuję.

-Jeszcze nic nie obiecałem, ale nie ma za co.

Jutro są moje urodziny, więc może moje życzenie się spełni. Po śniadaniu poszliśmy na wolny spacer.

-Albo kiedyś jak byłem młody i chciałem wyrwać dziewczynę to postawiłem włosy na żel i chodziłem jak kowboj na westernie.

Nie mogłam powstrzymać śmiechu.

-Naprawdę?

-Tak. Potem przez tydzień śmiała się ze mnie cała szkoła.

-A ja... kiedyś jak byłam mała weszła do zoo do kangurów i przez godzinę nie mogli mnie znaleźć.

-Do kangurów?

-Mhm.

-Ale po co?

-Nie wiem. Lubiłam wtedy kangury.

Dzień minął szybko. Następnego ranka, kiedy zeszłam na dół, w kuchni leżała paczka. Kiedy ją otworzyłam zobaczyłam małe, szare kociątko. Powitało mnie swoim cichutkim "miał". Wzięłam je ostrożnie na ręce i nakarmiłam i dałam wody. Nagle wszedł Luka. Położył się obok kotka i przyjacielsko trącał go nosem. Był o wiele, wiele większy od niego. Nagle do domu wszedł Michael. Uśmiechnął się do mnie i szybko schował ręce za plecy.

-Hej.

-Hej- odpowiedziałam.

-Widzę, że znalazłaś już prezent.

-Owszem. Nie ukryłeś go za dobrze.

-Tak wiem.

Podszedł do mnie i podał mi bukiet.

-Wszystkiego najlepszego kochanie.

-Pamiętałeś?

-Jak mógłbym zapomnieć?

Położyłam kwiaty na stole i objęłam go za szyję.

-Jak ja straszliwie cię kocham.

-Ja ciebie też.

Pocałowałam go mocno i długo, a to znaczy dopóki rodzice nie weszli do domu.

-Jessie! Wszystkiego najlepszego!

-Dziękuję.

Podali mi pudełko, a był tam śliczny zegarek.

-Jest super, dziękuję.

Po obiedzie bawiłam się na kanapie z kotkiem. Nie wymyśliłam mu imienia. Może... Midnight? Tak, Midnight będzie świetne. Później przyszedł Mike.

-I jak u was?

-Świetnie. On jest taki rozkoszny.

-Ma już imię?

-Ma. Midnight.

-Północ?

-Tak, północ.

Mike wzruszył ramionami. Usiadł naprzeciw mnie i zawołał kota. Maluszek podbiegł do niego, a on wziął go na ręce.

-Hmmm... Może się do niego przekonam.

-Mam nadzieję.

-W sumie to jest nawet słodziutki.

-Mówiłam, że nie pożałujesz?

Podszedł do mnie, oparł się rękoma o oparcie kanapy i szepnął mi do ucha:

-Ale moim ulubionym kotkiem jesteś ty.

-Nie ładnie tak faworyzować.

-Kogoś muszę.

-Nie, nie musisz. Midnight, chodź tu.

Pomogłam kociątku wejść na kanapę i zaczęłam głaskać jego miękkie futerko. Luka prychnął.

-Nie bądź zazdrosny- odrzekł Mike- Chodź, tu to cię pogłaskam.

Luka cały szczęśliwy położył mu łeb na kolanach. Wszyscy niecierpliwie czekaliśmy na mój poród, który miał się odbyć za dwa miesiące, które minęły zanim się obejrzałam...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz