Następnego dnia wzięłam Dianę i poszłam do Mika. Było kolo dwunastej. Kiedy weszłam Michael uśmiechnął się do mnie i cmoknął w usta. Podałam mu Dianę. Posadził ją sobie na kolanie.
-Jak się czujesz?
-Lepiej- odrzekł- A jak Lucas?
-Psoci.
-Chyba jak zawsze.
Nagle Diana spróbowała powoli wstać.
-Czekaj księżniczko. Pomogę ci.
Mike złapał ją i pomógł stanąć na nogach.
-Tata. Mama- odrzekła z uśmiechem.
Michael cmoknął ją w czółko.
-Jest taka słodka. Wdała się w mamusię- odrzekł, puszczając mi oko.
-Chyba nie z charakteru.
-Jeszcze się okaże.
Po dwóch tygodniach Mike wyszedł ze szpitala. Wziął sobie trochę wolnego, żeby wypocząć. Trzy tygodnie później zadzwonił jego brat.
-Zostawi u nas swojego dziesięcioletniego syna Adama.
-I znając życie oboje coś nabroicie- odrzekłam.
-Przecież jestem dorosły.
-Pod względem budowy i tych spraw to tak, ale dalej siedzi w tobie dziecko- powiedziałam, szturchając go palcem w pierś.
-Sądzisz, że sobie nie poradzę?
-Nie, skądże. A kiedy twój brat ma zamiar go przywieźć?
-Dzisiaj wieczorem.
-A rodzice wiedzą?
-Ups.
Przewróciłam oczami i poszłam powiedzieć mojej mamie, że przyjedzie bratanek Michaela.
-Spokojnie, my się nim zajmiemy.
-Nie ma takiej potrzeby. Mike da sobie radę.
-Z tą raną? Żartujesz?
-Nie, nie żartuję. Ufam mu i wiem, że da sobie radę.
-No dobrze, niech ci będzie, to w takim razie my z tatą pójdziemy na obiad do restauracji.
Spojrzałam na nią zdziwiona i poszłam do salonu. Rodzice na kolacji? Dziwne. Zanim się obejrzałam przyjechał Adam.
-Idę z dziećmi na spacer, Mike.
-Dobrze, tylko uważaj na siebie.
-Będę niedługo.
-Okej, to czekam.
Wzięłam wózek i poszłam z Dianą i Lucasem na spacer po lesie. Niedługo później wróciłam. Kiedy otworzyłam drzwi kompletnie mnie zamurowało. Dom był cały w polewie i bitej śmietanie. Kiedy Michael i Adam mnie zobaczyli stanęli w bezruchu. Założyłam ręce na piersi i uniosłam brew. Mike podszedł do mnie cały w śmietanie.
-Co masz mi do powiedzenia?
Zarumienił się tylko i to tak mocno, że nawet przez polewę widziałam róż na jego twarzy. Nagle zobaczyłam Adama, który stał za moim mężem i podawał mi po kryjomu ciasto. Wzięłam je ostrożnie.
-Przepraszam- odrzekł Mike- Wybaczysz mi?
Trafiłam tym ciastem prosto w jego twarz.
-Wybaczę- odrzekłam, nie mogąc powstrzymać śmiechu.
Mike otarł oczy z kremu.
-Tak chcesz się bawić?- powiedział i zgarnął z policzka bitą śmietanę i wysmarował mnie nią- To proszę.
Moja mama zabrała dzieci, a my z Mikiem i Adamem zaczęliśmy rzucać się ciastami i innymi słodyczami. Kiedy skończyliśmy podeszłam do Michaela i pocałowałam go w policzek, po czym oblizałam usta z bitej śmietany.
-Słodki jesteś- rzuciłam zaczepnie.
-A czy ja mogę cię zjeść?- zapytał żartobliwie.
-Chyba nadzienie by ci nie smakowało.
Zaczął całować powoli moją szyję, oblizując przy okazji polewę. Odpuściliśmy sobie dzisiaj kolację i poszliśmy pod prysznic i położyliśmy się do łóżka...
Michael i my
kursor
czwartek, 27 lutego 2014
niedziela, 23 lutego 2014
Rozdział XLIII
Każdy kolejny dzień był bardziej dołujący od poprzedniego. Siedziałam z nim cały czas.
-Musisz w końcu zabrać tam dzieci. Niech mają kontakt z ojcem.
-Tak sądzisz?
-Oczywiście- odrzekła mama.
Zabrałam raz Dianę. Lucas został w domu, bo miał katar. Mike już ponad miesiąc leżał w śpiączce. Traciłam nadzieję, że jeszcze się obudzi. Diana złapała go za dłoń i powiedziała:
-Ta... tata.
-Musisz w końcu zabrać tam dzieci. Niech mają kontakt z ojcem.
-Tak sądzisz?
-Oczywiście- odrzekła mama.
Zabrałam raz Dianę. Lucas został w domu, bo miał katar. Mike już ponad miesiąc leżał w śpiączce. Traciłam nadzieję, że jeszcze się obudzi. Diana złapała go za dłoń i powiedziała:
-Ta... tata.
-Tak, kochanie. Tatuś śpi. Śni o nas.
Nagle poczułam, jak się rusza. Wtedy wydarzył się największy cud na świecie. Otworzył oczy.
-Hej. Przegapiłem coś?- powiedział słabo.
Położyłam Dianę w wózeczku i rzuciłam się na Michaela. Zaczęłam obcałowywać całą jego twarz.
-Ty żyjesz! Tak się martwiłam!- zaczęłam płakać.
Mocno mnie objął.
-Jestem tu i nigdy cię nie zostawię. Nigdy...
-Myślałam, że już nigdy się nie obudzisz.
Siedzieliśmy przez chwilę w ciszy, słysząc tylko nasze wzajemne bicia serc.
-Długo tak leżałem?
-Ponad miesiąc.
-Miesiąc?!
-Tak. Miesiąc.
-Jezu. Kochanie, przepraszam cię za to.
-Nie masz za co. Ważne, ze żyjesz.
Odsunęłam się w końcu, żeby dać mu odpocząć. Nagle usłyszeliśmy Dianę.
-Tata.
Wzięłam ją i podałam Michaelowi.
-Cześć słoneczko. Jaka ty już duża- powiedział.
Co mnie cieszyło, to to, że Mike nie mówił do dzieci dziwnym głosem, tylko normalnie. Diana złapała go za nos i uśmiechnęła się.
-Tata.
Mike pocałował ją w czoło, a ona położyła swoje małe rączki na jego policzkach.
-A gdzie jest Lucas?
-Został w domu z mamą. Ma katar i wolałam zostawić go w domu.
Diana zaczęła bawić się lokami Mika. Śmiała się przy tym głośno.
-Chciałabym, żebyś już wrócił do domu.
-Ja też. Mam ochotę, żeby cię mocno przytulić wieczorem w łóżku.
-Niedługo będziesz mógł.
Nagle wszedł lekarz.
-O, widzę, że się pan wybudził. Jak się pan czuje?
-Dobrze. Lekko piecze, ale poza tym nie jest źle.
-Widzę, że już ma pan gości.
-Owszem. Panie doktorze, kiedy mnie wypiszecie?
-Nie wcześniej, niż za dwa tygodnie. Musimy jeszcze poobserwować reakcje pana organizmu na leki, które podaliśmy. Jeżeli po tym okresie czasu będzie dobrze, to droga wolna.
-Dziękuję.
-Nie ma za co. Życzę szybkiego powrotu do zdrowia. Muszę iść. Mam niedługo operację i muszę się przygotować.
-Dobrze. Do widzenia- powiedzieliśmy oboje.
Patrzyłam przez chwilę w ciszy na Michaela, bawiącego się z Dianą. Nagle spojrzał na mnie i zapytał:
-Coś nie tak?
-Nie, tylko... Już drugi raz wymknąłeś się śmierci.
-Tylko dlatego, że ty przy mnie jesteś.
Cmoknął mnie w usta i złapał moją dłoń. Delikatnie głaskał ją kciukiem.
-Nie raz śniło mi się, że jesteś przy mnie, a potem się oddalasz. Budziłam się wtedy z płaczem w nocy i prosiłam, abyś przeżył.
-Ja zawsze ale to z a w s z e będę przy tobie. Ja za to słyszałem cię, jak tu przychodziłaś. Chciałem ci odpowiedzieć, ale nie mogłem. Cieszyłem się, że przynajmniej słyszę twój głos.
-Słyszałeś to?
-Każde słowo.
-Ale byłeś w śpiączce. Jak to możliwe?
-Nie mam pojęcia. Wiem tylko, że tak było.
Mike zauważył, że jestem zmartwiona. Pogłaskał mnie kciukiem po policzku i uśmiechnął się.
-Wszystko będzie dobrze. To tylko rana postrzałowa, nic wielkiego.
-Nic wielkiego? Michael, ty zostałeś POSTRZELONY!
-Widzę, a raczej czuję.
-Trzeba znaleźć winnego.
-Nie chcę znów latać po sądach. To nie ma sensu. Zostawmy go w spokoju.
-W spokoju? Mike, ktoś do ciebie STRZELIŁ, a ty chcesz mu dać uciec?
-A co mi da to, że go znajdę?
-Pójdzie do więzienia.
-A po paru latach znów wyjdzie na wolność i będzie robił to samo. To co za różnica?
Nie chciałam się już z nim kłócić. Dopiero się wybudził i potrzebował spokoju. W końcu pod wieczór lekarz przyszedł do Mika.
-Najwyższa pora położyć się spać, panie Jackson.
-Przyjdziemy do ciebie jutro.
-Będę na was czekał.
Cmoknął mnie w usta i poszłam z Dianą do domu.
-I jak z nim?- zapytała mama.
-Wybudził się dzisiaj.
-To świetnie. A nie wiesz może, kiedy go wypiszą?
-Najwcześniej za dwa tygodnie.
-Ulżyło ci.
-I to jak. A jak się czuje Lucas?
-Lepiej. Już aż tak nie kaszle i nie ma zatkanego noska.
-To dobrze. Śpi już?
-Tak. Już od godziny.
-To ja też położę Dianę i pójdę spać.
-Dobrze. Przydałby ci się porządny odpoczynek.
Położyłam córeczkę obok jej brata i poszłam wziąć prysznic. Potem przebrałam się w piżamę i położyłam do łóżka, otulając się białą kołdrą. Następny dzień zapowiadał się słonecznie...
-Tata.
Mike pocałował ją w czoło, a ona położyła swoje małe rączki na jego policzkach.
-A gdzie jest Lucas?
-Został w domu z mamą. Ma katar i wolałam zostawić go w domu.
Diana zaczęła bawić się lokami Mika. Śmiała się przy tym głośno.
-Chciałabym, żebyś już wrócił do domu.
-Ja też. Mam ochotę, żeby cię mocno przytulić wieczorem w łóżku.
-Niedługo będziesz mógł.
Nagle wszedł lekarz.
-O, widzę, że się pan wybudził. Jak się pan czuje?
-Dobrze. Lekko piecze, ale poza tym nie jest źle.
-Widzę, że już ma pan gości.
-Owszem. Panie doktorze, kiedy mnie wypiszecie?
-Nie wcześniej, niż za dwa tygodnie. Musimy jeszcze poobserwować reakcje pana organizmu na leki, które podaliśmy. Jeżeli po tym okresie czasu będzie dobrze, to droga wolna.
-Dziękuję.
-Nie ma za co. Życzę szybkiego powrotu do zdrowia. Muszę iść. Mam niedługo operację i muszę się przygotować.
-Dobrze. Do widzenia- powiedzieliśmy oboje.
Patrzyłam przez chwilę w ciszy na Michaela, bawiącego się z Dianą. Nagle spojrzał na mnie i zapytał:
-Coś nie tak?
-Nie, tylko... Już drugi raz wymknąłeś się śmierci.
-Tylko dlatego, że ty przy mnie jesteś.
Cmoknął mnie w usta i złapał moją dłoń. Delikatnie głaskał ją kciukiem.
-Nie raz śniło mi się, że jesteś przy mnie, a potem się oddalasz. Budziłam się wtedy z płaczem w nocy i prosiłam, abyś przeżył.
-Ja zawsze ale to z a w s z e będę przy tobie. Ja za to słyszałem cię, jak tu przychodziłaś. Chciałem ci odpowiedzieć, ale nie mogłem. Cieszyłem się, że przynajmniej słyszę twój głos.
-Słyszałeś to?
-Każde słowo.
-Ale byłeś w śpiączce. Jak to możliwe?
-Nie mam pojęcia. Wiem tylko, że tak było.
Mike zauważył, że jestem zmartwiona. Pogłaskał mnie kciukiem po policzku i uśmiechnął się.
-Wszystko będzie dobrze. To tylko rana postrzałowa, nic wielkiego.
-Nic wielkiego? Michael, ty zostałeś POSTRZELONY!
-Widzę, a raczej czuję.
-Trzeba znaleźć winnego.
-Nie chcę znów latać po sądach. To nie ma sensu. Zostawmy go w spokoju.
-W spokoju? Mike, ktoś do ciebie STRZELIŁ, a ty chcesz mu dać uciec?
-A co mi da to, że go znajdę?
-Pójdzie do więzienia.
-A po paru latach znów wyjdzie na wolność i będzie robił to samo. To co za różnica?
Nie chciałam się już z nim kłócić. Dopiero się wybudził i potrzebował spokoju. W końcu pod wieczór lekarz przyszedł do Mika.
-Najwyższa pora położyć się spać, panie Jackson.
-Przyjdziemy do ciebie jutro.
-Będę na was czekał.
Cmoknął mnie w usta i poszłam z Dianą do domu.
-I jak z nim?- zapytała mama.
-Wybudził się dzisiaj.
-To świetnie. A nie wiesz może, kiedy go wypiszą?
-Najwcześniej za dwa tygodnie.
-Ulżyło ci.
-I to jak. A jak się czuje Lucas?
-Lepiej. Już aż tak nie kaszle i nie ma zatkanego noska.
-To dobrze. Śpi już?
-Tak. Już od godziny.
-To ja też położę Dianę i pójdę spać.
-Dobrze. Przydałby ci się porządny odpoczynek.
Położyłam córeczkę obok jej brata i poszłam wziąć prysznic. Potem przebrałam się w piżamę i położyłam do łóżka, otulając się białą kołdrą. Następny dzień zapowiadał się słonecznie...
sobota, 22 lutego 2014
Rozdział XLII
Nad ranem przyszedł lekarz.
-Niech pani idzie do domu odpocząć. On na pewno teraz będzie spał. Jeżeli coś się zmieni, to damy pani znać.
-Obiecuje pan?
-Obiecuję.
Wróciłam niechętnie do domu. Rodzice powiedzieli, żebym odpoczęła, a oni zajmą się dziećmi. Kiedy zasnęłam widziałam Mika, śmiejącego się do mnie. Siedzieliśmy razem na łące i rozmawialiśmy cicho. Nagle Michael zaczął się oddalać. Nie mogłam go dogonić. Wyciągałam ręce w jego stronę, ale nic nie mogłam zrobić. Nagle poczułam, że spadam. Zerwałam się do góry. Spojrzałam na miejsce obok mnie, na którym zawsze spał. Zaniosłam się głośnym szlochem. Próbowałam się uspokoić, ale to nie było takie łatwe. Następnego dnia wróciłam do szpitala.
-Dzień dobry- odrzekł lekarz Mika.
-Dzień dobry. Jak on się czuje?
-Lepiej. Jego stan jest stabilny. Właśnie podałem mu leki.
Weszłam do niego. Pocałowałam go w czoło i pogłaskałam po policzku.
-Chyba lubisz mnie straszyć. Błagam, wyliż się z tego. Dzieci cię potrzebują... ja cię potrzebuję. Brakuje nam ciebie.
Złapałam jego dłoń i pocałowałam go w usta. Nagle poczułam, jakby ścisnął moją rękę. Łza zakręciła mi się w oku. Nagle zamiast pikania usłyszałam długi, ciągnący się bez końca pisk. Wtem wbiegł lekarz.
-Niech się pani odsunie! Musimy go operować!
Wzięli Mika na sale operacyjną. Czekałam na korytarzu, modląc się o cud. Po trzech godzinach wyszedł chirurg.
-I jak z nim?
-Przepraszam, a pani jest...
-Żoną.
-Mhm. Więc, jest dobrze, niestety stracił bardzo dużo krwi, ale wyjdzie z tego prędzej, czy później.
-Dziękuję.
-Może się pani z nim zobaczyć.
Poszłam do Mika. Dalej leżał w śpiączce. Widziałam, jak oddycha. Czułam jego puls, a mimo to... nie mogłam nic zrobić. Siedziałam bezczynnie i czekałam, aż coś się wydarzy. Wieczorem wróciłam do domu. Kolejna samotna noc...
-Niech pani idzie do domu odpocząć. On na pewno teraz będzie spał. Jeżeli coś się zmieni, to damy pani znać.
-Obiecuje pan?
-Obiecuję.
Wróciłam niechętnie do domu. Rodzice powiedzieli, żebym odpoczęła, a oni zajmą się dziećmi. Kiedy zasnęłam widziałam Mika, śmiejącego się do mnie. Siedzieliśmy razem na łące i rozmawialiśmy cicho. Nagle Michael zaczął się oddalać. Nie mogłam go dogonić. Wyciągałam ręce w jego stronę, ale nic nie mogłam zrobić. Nagle poczułam, że spadam. Zerwałam się do góry. Spojrzałam na miejsce obok mnie, na którym zawsze spał. Zaniosłam się głośnym szlochem. Próbowałam się uspokoić, ale to nie było takie łatwe. Następnego dnia wróciłam do szpitala.
-Dzień dobry- odrzekł lekarz Mika.
-Dzień dobry. Jak on się czuje?
-Lepiej. Jego stan jest stabilny. Właśnie podałem mu leki.
Weszłam do niego. Pocałowałam go w czoło i pogłaskałam po policzku.
-Chyba lubisz mnie straszyć. Błagam, wyliż się z tego. Dzieci cię potrzebują... ja cię potrzebuję. Brakuje nam ciebie.
Złapałam jego dłoń i pocałowałam go w usta. Nagle poczułam, jakby ścisnął moją rękę. Łza zakręciła mi się w oku. Nagle zamiast pikania usłyszałam długi, ciągnący się bez końca pisk. Wtem wbiegł lekarz.
-Niech się pani odsunie! Musimy go operować!
Wzięli Mika na sale operacyjną. Czekałam na korytarzu, modląc się o cud. Po trzech godzinach wyszedł chirurg.
-I jak z nim?
-Przepraszam, a pani jest...
-Żoną.
-Mhm. Więc, jest dobrze, niestety stracił bardzo dużo krwi, ale wyjdzie z tego prędzej, czy później.
-Dziękuję.
-Może się pani z nim zobaczyć.
Poszłam do Mika. Dalej leżał w śpiączce. Widziałam, jak oddycha. Czułam jego puls, a mimo to... nie mogłam nic zrobić. Siedziałam bezczynnie i czekałam, aż coś się wydarzy. Wieczorem wróciłam do domu. Kolejna samotna noc...
Rozdział XLI
Następnego ranka obudziłam się sama. Mika leżał obok, ale nie obudził mnie płacz dzieci.
-Hej skarbie. Jak się spało?- zapytał mnie.
-Nieźle. A tobie?
-Nie jest źle. Może pójdziemy dzisiaj na konie?
-A dzieci?
-A twoi rodzice?
-Chcesz zrobić z nich niańki?
-Może...
Przewróciłam oczami i wstaliśmy z łóżka. Zeszliśmy na dół z Michaelem, i co się okazało, w kuchni siedzieli moi rodzice i Connor i opiekowali się Dianą i Lucasem.
-Dzisiaj my się nimi zajmiemy, a wy macie odpocząć. Jasne?- zagroziła mama, zanim zdążyłam coś powiedzieć.
-Jesteście pewni? Bo...
-Tak, tak. Uciekajcie.
Mike złapał mnie za ręce i powiedział:
-To... jeśli chodzi o te konie, to...
-W stajni za półgodziny.
Poszłam się ubrać, umyć, uczesać i wzięłam koc. Spotkaliśmy się tam, gdzie powiedziałam, po czym osiodłałam Lunę i pojechaliśmy na łąkę. Przywiązaliśmy konie do drzewa i położyliśmy się na kocu.
-Teraz ty- odrzekł Mike.
-Hmmm... Okej mam. Kiedyś na randce z chłopakiem, oblałam się ponczem.
-Zrobiłaś się jeszcze słodsza.
-Twoja kolej.
-Kiedyś kupiłem dziewczynie kwiaty, na które miała uczulenie.
-Ciekawa randka.
-Żebyś wiedziała. Ale przynajmniej było zabawnie.
Położyłam głowę na piersi Mika i zwyczajnie cieszyliśmy się ciszą.
-Nie sądzisz, że warto wracać?
-Jeszcze nie- odrzekłam- Jest tak miło.
-Zgadzam się.
-I w końcu pozbyłam się brzucha.
-Widzę, że to dla ciebie ulga.
-I to jaka.
Po chwili ciszy dodałam:
-Kocham cię.
-Ja ciebie też.
Po godzinie wzięliśmy koc, wsiedliśmy na konie i wróciliśmy do domu.
-I jak było?- zapytała mama.
-Dobrze.
Wzięłam od niej Dianę, a Mike Lucasa. Wieczorem siedzieliśmy razem
-Kiedy masz następny koncert?- zapytałam.
-Za trzy dni.
-Nie musisz się do niego przygotowywać?
-Nie, bo już jestem gotowy.
Trzy dni później pojechałam razem z Mikiem na koncert, a rodzice zostali z dziećmi. Stałam za kulisami, kiedy popatrzył na mnie. I wtedy usłyszałam strzał. Uśmiech z jego twarzy zniknął i przeobraził się w strach. Michael upadł na kolana. Kurtyna zaczęła opadać, tak szybko, jak tylko mogła. Po chwili mój mąż leżał na plecach, ledwo dysząc. Pocisk trafił w jego biodro. Klęknęłam obok niego.
-Michael! Błagam cię! Nie odchodź! Wszystko będzie dobrze!
Położyłam sobie jego głowę na kolanach i zaczęłam płakać. Moje łzy lekko skapywały na jego pierś. Ostatkami sił pogłaskał mnie po policzku. W końcu przyjechało pogotowie i zabrało go do szpitala. Po godzinie wyczekiwania podszedł do mnie lekarz.
-Jak on się czuje?
-Jest w śpiączce. Nie wiemy jak długo w niej zostanie, ale jego stan jest ciężki.
-Ale przeżyje?
-Miejmy nadzieję, że Bóg da mu szansę.
-Mogę się z nim zobaczyć?
-Tak, proszę- otworzył mi drzwi.
-Dziękuję bardzo.
Usiadłam obok niego. Słyszałam tylko pikanie maszyny i jego ciężki oddech. Złapałam jego dłoń i odgarnęłam mu włosy z czoła. Siedziałam z nim całą noc...
-Hej skarbie. Jak się spało?- zapytał mnie.
-Nieźle. A tobie?
-Nie jest źle. Może pójdziemy dzisiaj na konie?
-A dzieci?
-A twoi rodzice?
-Chcesz zrobić z nich niańki?
-Może...
Przewróciłam oczami i wstaliśmy z łóżka. Zeszliśmy na dół z Michaelem, i co się okazało, w kuchni siedzieli moi rodzice i Connor i opiekowali się Dianą i Lucasem.
-Dzisiaj my się nimi zajmiemy, a wy macie odpocząć. Jasne?- zagroziła mama, zanim zdążyłam coś powiedzieć.
-Jesteście pewni? Bo...
-Tak, tak. Uciekajcie.
Mike złapał mnie za ręce i powiedział:
-To... jeśli chodzi o te konie, to...
-W stajni za półgodziny.
Poszłam się ubrać, umyć, uczesać i wzięłam koc. Spotkaliśmy się tam, gdzie powiedziałam, po czym osiodłałam Lunę i pojechaliśmy na łąkę. Przywiązaliśmy konie do drzewa i położyliśmy się na kocu.
-Teraz ty- odrzekł Mike.
-Hmmm... Okej mam. Kiedyś na randce z chłopakiem, oblałam się ponczem.
-Zrobiłaś się jeszcze słodsza.
-Twoja kolej.
-Kiedyś kupiłem dziewczynie kwiaty, na które miała uczulenie.
-Ciekawa randka.
-Żebyś wiedziała. Ale przynajmniej było zabawnie.
Położyłam głowę na piersi Mika i zwyczajnie cieszyliśmy się ciszą.
-Nie sądzisz, że warto wracać?
-Jeszcze nie- odrzekłam- Jest tak miło.
-Zgadzam się.
-I w końcu pozbyłam się brzucha.
-Widzę, że to dla ciebie ulga.
-I to jaka.
Po chwili ciszy dodałam:
-Kocham cię.
-Ja ciebie też.
Po godzinie wzięliśmy koc, wsiedliśmy na konie i wróciliśmy do domu.
-I jak było?- zapytała mama.
-Dobrze.
Wzięłam od niej Dianę, a Mike Lucasa. Wieczorem siedzieliśmy razem
-Kiedy masz następny koncert?- zapytałam.
-Za trzy dni.
-Nie musisz się do niego przygotowywać?
-Nie, bo już jestem gotowy.
Trzy dni później pojechałam razem z Mikiem na koncert, a rodzice zostali z dziećmi. Stałam za kulisami, kiedy popatrzył na mnie. I wtedy usłyszałam strzał. Uśmiech z jego twarzy zniknął i przeobraził się w strach. Michael upadł na kolana. Kurtyna zaczęła opadać, tak szybko, jak tylko mogła. Po chwili mój mąż leżał na plecach, ledwo dysząc. Pocisk trafił w jego biodro. Klęknęłam obok niego.
-Michael! Błagam cię! Nie odchodź! Wszystko będzie dobrze!
Położyłam sobie jego głowę na kolanach i zaczęłam płakać. Moje łzy lekko skapywały na jego pierś. Ostatkami sił pogłaskał mnie po policzku. W końcu przyjechało pogotowie i zabrało go do szpitala. Po godzinie wyczekiwania podszedł do mnie lekarz.
-Jak on się czuje?
-Jest w śpiączce. Nie wiemy jak długo w niej zostanie, ale jego stan jest ciężki.
-Ale przeżyje?
-Miejmy nadzieję, że Bóg da mu szansę.
-Mogę się z nim zobaczyć?
-Tak, proszę- otworzył mi drzwi.
-Dziękuję bardzo.
Usiadłam obok niego. Słyszałam tylko pikanie maszyny i jego ciężki oddech. Złapałam jego dłoń i odgarnęłam mu włosy z czoła. Siedziałam z nim całą noc...
środa, 19 lutego 2014
Rozdział XL
Obudziwszy się w środku nocy odkryłam coś szokującego, co również mnie przeraziło.
-Michael...
-Hmm?- mruknął zaspany.
-Wody...
-Co?...
-Wody mi odeszły!
Zerwał się z pozycji leżącej i spojrzał na mój brzuch.
-Słucham?!
-Ja rodzę!
-W takiej chwili?!
-A co?! Może mam poczekać, aż się wyśpisz i zjesz łaskawie śniadanie?!
-Ale że w środku nocy?!
-Tak, w środku nocy, w tej chwili, w tym momencie!
-Siedź spokojnie, ubiorę coś tylko i jedziemy do szpitala.
Po dwudziestu minutach byliśmy w drodze.
-Mike, szybciej.
-Staram się, spokojnie zaraz będziemy.
Zanim się obejrzałam leżałam na sali porodowej. Parłam ile sił. Widziałam zdenerwowaną minę Mika. Pamiętam, że zamknęłam oczy, a kiedy je otworzyłam miałam przed nimi mojego męża, trzymającego w rękach małe zawiniątko.
-Zobacz, kto się obudził- powiedział.
Podał mi je.
-To jest Lucas, a tam leży Diana.
-Jest śliczny- powiedziałam.
Mike wstał i poszedł po naszą córeczkę. Kiedy pokazał mi Dianę zaśmiałam się.
-Ma twoje oczy.
-Tak sądzisz?
-Uwierz mi. Wykapany tatuś.
Oparłam głowę na jego ramieniu i westchnęłam.
-Wszystko gra?- zapytał.
-Teraz nasze życie zmieni się na dobre.
-Tak, wiem. I szczerze mówiąc to się cieszę.
-Kto pierwszy wyszedł? Lucas czy Diana?
-Lucas. Diana była cztery minuty po nim.
-Hm- ucieszyłam się- Zawsze chciałam mieć córkę.
-Ja chciałem mieć syna. A może nawet dwóch...
-Przykro mi kochanie, ale fabryka zamknięta.
-Wiesz, nie mówię, że teraz, ale może kiedyś...
-Zobaczymy. Najpierw zajmij się Dianą i Lucasem.
Tego samego dnia wróciliśmy do domu. Położyliśmy dzieci spać i usiedliśmy w salonie. Jaka to była ulga pozbyć się tego brzucha. Jeszcze trochę czasu i będę miała figurę, jak sprzed ciąży. Kiedy wszyscy już spali, Mike rozpalił świeczki i przyniósł nam po lampce wina. Potem położyliśmy się spać. Nagle w środku nocy obudził mnie płacz. Wstałam, przetarłam oczy i poszłam do pokoiku dla dzieci. Wzięłam Lucasa na ręce i zaczęłam kołysać lekko.
-Ciiiiiii- uspokajałam syna- Już dobrze.
-Co się dzieje?- zapytał zaspany Michael.
-Lucas nie mógł spać.
-Ale Diany to widzę, że nic nie obudzi.
-Może to i lepiej dla nas.
Kiedy chłopczyk znów zasnął położyłam go w kołysce. Nagle poczułam, jak moje nogi odrywają się od ziemi. Mój mąż porwał mnie na ręce.
-Zwariowałeś? Co ty wyprawiasz?- zapytałam roześmiana.
-Zaniosę cię do łóżka. Jesteś strasznie zmęczona, jak na moje oko. I nie kłóć się ze mną.
Kiedy weszliśmy do sypialni Mike ostrożnie położył mnie na materac i zajął miejsce obok. Przytulił się do moich pleców i zasnęliśmy oboje. Noc minęła bardzo szybko...
-Michael...
-Hmm?- mruknął zaspany.
-Wody...
-Co?...
-Wody mi odeszły!
Zerwał się z pozycji leżącej i spojrzał na mój brzuch.
-Słucham?!
-Ja rodzę!
-W takiej chwili?!
-A co?! Może mam poczekać, aż się wyśpisz i zjesz łaskawie śniadanie?!
-Ale że w środku nocy?!
-Tak, w środku nocy, w tej chwili, w tym momencie!
-Siedź spokojnie, ubiorę coś tylko i jedziemy do szpitala.
Po dwudziestu minutach byliśmy w drodze.
-Mike, szybciej.
-Staram się, spokojnie zaraz będziemy.
Zanim się obejrzałam leżałam na sali porodowej. Parłam ile sił. Widziałam zdenerwowaną minę Mika. Pamiętam, że zamknęłam oczy, a kiedy je otworzyłam miałam przed nimi mojego męża, trzymającego w rękach małe zawiniątko.
-Zobacz, kto się obudził- powiedział.
Podał mi je.
-To jest Lucas, a tam leży Diana.
-Jest śliczny- powiedziałam.
Mike wstał i poszedł po naszą córeczkę. Kiedy pokazał mi Dianę zaśmiałam się.
-Ma twoje oczy.
-Tak sądzisz?
-Uwierz mi. Wykapany tatuś.
Oparłam głowę na jego ramieniu i westchnęłam.
-Wszystko gra?- zapytał.
-Teraz nasze życie zmieni się na dobre.
-Tak, wiem. I szczerze mówiąc to się cieszę.
-Kto pierwszy wyszedł? Lucas czy Diana?
-Lucas. Diana była cztery minuty po nim.
-Hm- ucieszyłam się- Zawsze chciałam mieć córkę.
-Ja chciałem mieć syna. A może nawet dwóch...
-Przykro mi kochanie, ale fabryka zamknięta.
-Wiesz, nie mówię, że teraz, ale może kiedyś...
-Zobaczymy. Najpierw zajmij się Dianą i Lucasem.
Tego samego dnia wróciliśmy do domu. Położyliśmy dzieci spać i usiedliśmy w salonie. Jaka to była ulga pozbyć się tego brzucha. Jeszcze trochę czasu i będę miała figurę, jak sprzed ciąży. Kiedy wszyscy już spali, Mike rozpalił świeczki i przyniósł nam po lampce wina. Potem położyliśmy się spać. Nagle w środku nocy obudził mnie płacz. Wstałam, przetarłam oczy i poszłam do pokoiku dla dzieci. Wzięłam Lucasa na ręce i zaczęłam kołysać lekko.
-Ciiiiiii- uspokajałam syna- Już dobrze.
-Co się dzieje?- zapytał zaspany Michael.
-Lucas nie mógł spać.
-Ale Diany to widzę, że nic nie obudzi.
-Może to i lepiej dla nas.
Kiedy chłopczyk znów zasnął położyłam go w kołysce. Nagle poczułam, jak moje nogi odrywają się od ziemi. Mój mąż porwał mnie na ręce.
-Zwariowałeś? Co ty wyprawiasz?- zapytałam roześmiana.
-Zaniosę cię do łóżka. Jesteś strasznie zmęczona, jak na moje oko. I nie kłóć się ze mną.
Kiedy weszliśmy do sypialni Mike ostrożnie położył mnie na materac i zajął miejsce obok. Przytulił się do moich pleców i zasnęliśmy oboje. Noc minęła bardzo szybko...
wtorek, 18 lutego 2014
Rozdział XXXIX
Byłam już w szóstym miesiącu ciąży, a dzieci coraz mocniej kopały. Michael był tym zachwycony. Ja również. Pewnego dnia zapytałam:
-Kupimy kota?
-Kota? A po co ci kot?
-Bo kotki są takie delikatne i milutkie. I jak się będzie chciał przytulić, to cię nie zgniecie, prawda Luka?
Zaskomlał.
-A jakiego kota chciałabyś konkretnie?
-Myślałam o rosyjskim niebieskim.
-Niebieskim?
-Tak nazywa się jego maść.
Po chwili zastanowienia Mike odrzekł:
-Pomyślę jeszcze.
Ucieszona usiadłam mu na kolanach i cmoknęłam w usta.
-Dziękuję.
-Jeszcze nic nie obiecałem, ale nie ma za co.
Jutro są moje urodziny, więc może moje życzenie się spełni. Po śniadaniu poszliśmy na wolny spacer.
-Albo kiedyś jak byłem młody i chciałem wyrwać dziewczynę to postawiłem włosy na żel i chodziłem jak kowboj na westernie.
Nie mogłam powstrzymać śmiechu.
-Naprawdę?
-Tak. Potem przez tydzień śmiała się ze mnie cała szkoła.
-A ja... kiedyś jak byłam mała weszła do zoo do kangurów i przez godzinę nie mogli mnie znaleźć.
-Do kangurów?
-Mhm.
-Ale po co?
-Nie wiem. Lubiłam wtedy kangury.
Dzień minął szybko. Następnego ranka, kiedy zeszłam na dół, w kuchni leżała paczka. Kiedy ją otworzyłam zobaczyłam małe, szare kociątko. Powitało mnie swoim cichutkim "miał". Wzięłam je ostrożnie na ręce i nakarmiłam i dałam wody. Nagle wszedł Luka. Położył się obok kotka i przyjacielsko trącał go nosem. Był o wiele, wiele większy od niego. Nagle do domu wszedł Michael. Uśmiechnął się do mnie i szybko schował ręce za plecy.
-Hej.
-Hej- odpowiedziałam.
-Widzę, że znalazłaś już prezent.
-Owszem. Nie ukryłeś go za dobrze.
-Tak wiem.
Podszedł do mnie i podał mi bukiet.
-Wszystkiego najlepszego kochanie.
-Pamiętałeś?
-Jak mógłbym zapomnieć?
Położyłam kwiaty na stole i objęłam go za szyję.
-Jak ja straszliwie cię kocham.
-Ja ciebie też.
Pocałowałam go mocno i długo, a to znaczy dopóki rodzice nie weszli do domu.
-Jessie! Wszystkiego najlepszego!
-Dziękuję.
Podali mi pudełko, a był tam śliczny zegarek.
-Jest super, dziękuję.
Po obiedzie bawiłam się na kanapie z kotkiem. Nie wymyśliłam mu imienia. Może... Midnight? Tak, Midnight będzie świetne. Później przyszedł Mike.
-I jak u was?
-Świetnie. On jest taki rozkoszny.
-Ma już imię?
-Ma. Midnight.
-Północ?
-Tak, północ.
Mike wzruszył ramionami. Usiadł naprzeciw mnie i zawołał kota. Maluszek podbiegł do niego, a on wziął go na ręce.
-Hmmm... Może się do niego przekonam.
-Mam nadzieję.
-W sumie to jest nawet słodziutki.
-Mówiłam, że nie pożałujesz?
Podszedł do mnie, oparł się rękoma o oparcie kanapy i szepnął mi do ucha:
-Ale moim ulubionym kotkiem jesteś ty.
-Nie ładnie tak faworyzować.
-Kogoś muszę.
-Nie, nie musisz. Midnight, chodź tu.
Pomogłam kociątku wejść na kanapę i zaczęłam głaskać jego miękkie futerko. Luka prychnął.
-Nie bądź zazdrosny- odrzekł Mike- Chodź, tu to cię pogłaskam.
Luka cały szczęśliwy położył mu łeb na kolanach. Wszyscy niecierpliwie czekaliśmy na mój poród, który miał się odbyć za dwa miesiące, które minęły zanim się obejrzałam...
-Kupimy kota?
-Kota? A po co ci kot?
-Bo kotki są takie delikatne i milutkie. I jak się będzie chciał przytulić, to cię nie zgniecie, prawda Luka?
Zaskomlał.
-A jakiego kota chciałabyś konkretnie?
-Myślałam o rosyjskim niebieskim.
-Niebieskim?
-Tak nazywa się jego maść.
Po chwili zastanowienia Mike odrzekł:
-Pomyślę jeszcze.
Ucieszona usiadłam mu na kolanach i cmoknęłam w usta.
-Dziękuję.
-Jeszcze nic nie obiecałem, ale nie ma za co.
Jutro są moje urodziny, więc może moje życzenie się spełni. Po śniadaniu poszliśmy na wolny spacer.
-Albo kiedyś jak byłem młody i chciałem wyrwać dziewczynę to postawiłem włosy na żel i chodziłem jak kowboj na westernie.
Nie mogłam powstrzymać śmiechu.
-Naprawdę?
-Tak. Potem przez tydzień śmiała się ze mnie cała szkoła.
-A ja... kiedyś jak byłam mała weszła do zoo do kangurów i przez godzinę nie mogli mnie znaleźć.
-Do kangurów?
-Mhm.
-Ale po co?
-Nie wiem. Lubiłam wtedy kangury.
Dzień minął szybko. Następnego ranka, kiedy zeszłam na dół, w kuchni leżała paczka. Kiedy ją otworzyłam zobaczyłam małe, szare kociątko. Powitało mnie swoim cichutkim "miał". Wzięłam je ostrożnie na ręce i nakarmiłam i dałam wody. Nagle wszedł Luka. Położył się obok kotka i przyjacielsko trącał go nosem. Był o wiele, wiele większy od niego. Nagle do domu wszedł Michael. Uśmiechnął się do mnie i szybko schował ręce za plecy.
-Hej.
-Hej- odpowiedziałam.
-Widzę, że znalazłaś już prezent.
-Owszem. Nie ukryłeś go za dobrze.
-Tak wiem.
Podszedł do mnie i podał mi bukiet.
-Wszystkiego najlepszego kochanie.
-Pamiętałeś?
-Jak mógłbym zapomnieć?
Położyłam kwiaty na stole i objęłam go za szyję.
-Jak ja straszliwie cię kocham.
-Ja ciebie też.
Pocałowałam go mocno i długo, a to znaczy dopóki rodzice nie weszli do domu.
-Jessie! Wszystkiego najlepszego!
-Dziękuję.
Podali mi pudełko, a był tam śliczny zegarek.
-Jest super, dziękuję.
Po obiedzie bawiłam się na kanapie z kotkiem. Nie wymyśliłam mu imienia. Może... Midnight? Tak, Midnight będzie świetne. Później przyszedł Mike.
-I jak u was?
-Świetnie. On jest taki rozkoszny.
-Ma już imię?
-Ma. Midnight.
-Północ?
-Tak, północ.
Mike wzruszył ramionami. Usiadł naprzeciw mnie i zawołał kota. Maluszek podbiegł do niego, a on wziął go na ręce.
-Hmmm... Może się do niego przekonam.
-Mam nadzieję.
-W sumie to jest nawet słodziutki.
-Mówiłam, że nie pożałujesz?
Podszedł do mnie, oparł się rękoma o oparcie kanapy i szepnął mi do ucha:
-Ale moim ulubionym kotkiem jesteś ty.
-Nie ładnie tak faworyzować.
-Kogoś muszę.
-Nie, nie musisz. Midnight, chodź tu.
Pomogłam kociątku wejść na kanapę i zaczęłam głaskać jego miękkie futerko. Luka prychnął.
-Nie bądź zazdrosny- odrzekł Mike- Chodź, tu to cię pogłaskam.
Luka cały szczęśliwy położył mu łeb na kolanach. Wszyscy niecierpliwie czekaliśmy na mój poród, który miał się odbyć za dwa miesiące, które minęły zanim się obejrzałam...
poniedziałek, 17 lutego 2014
Rozdział XXXVIII
Kiedy obudziłam się rano Mike ubierał się już. Rodzice mieszkali z nami od miesiąca. Właśnie wybierał koszulkę, kiedy zobaczył, że się obudziłam.
-Hej. Jak ci się spało?
-Dobrze. A tobie?
-Też nieźle.
Nagle poczułam dziwne uczucie w brzuchu.
-Michael, chodź tu szybko.
-Co się stało?! Wszystko dobrze?! Źle się czujesz?!
Kiedy uklęknął przy mnie złapałam jego dłoń i położyłam sobie na brzuchu.
-Czujesz?
-To one?
Kiwnęłam głową. Mike uśmiechnął się od ucha do ucha, złapał moją głowę w dłonie i gwałtownie pocałował.
-Jak je nazwiemy?
-Myślałem o Lucas i Will.
-A jeżeli to będą dziewczynki?
-To Kate i Diana. Podobają ci się?
-Bardzo.
Nagle do pokoju wparowała moja mama.
-Jessie, śnia... Co się dzieje?! Wszystko dobrze?!
Jakbym słyszała Mika.
-Tak mamo, wszystko dobrze. Dzieci zaczęły kopać.
Podeszła do mnie i położyła dłoń na brzuchu.
-Jakoś nie czuję.
-Pewnie się boją- odchrząknął Michael.
-Mówiłeś coś?- zapytała mama niczego nieświadoma.
-Nie, nic.
W końcu zeszliśmy na śniadanie.
-Connor zrobił ci osobiście śniadanie Jessie.
-Odchudzam się- ostrzegłam szybko.
-Nie bądź już taka. To ciemne pieczywo.
Kiedy usiadłam popatrzyłam na tę kanapkę.
-Dobra, przyznaj się. Co tu dodałeś?
-Trutkę na szczury.
-Śmieszne jak cholera.
-Jessie!- skarciła mnie mama.
-Ja nie wierzę, że zrobił to z dobrego serca. On na pewno czegoś tu dodał.
-Może najpierw spróbujesz?- zaproponowała.
Wzięłam ostrożny kęs i czekałam co się stanie. O dziwo nie stało się nic.
-Widzisz?- powiedziała.
-No dobra, dobra. Dziękuję ci za tę pyszną kanapkę. Szczęśliwy?
-Nawet nie wiesz jak.
Nagle znów poczułam to uczucie w brzuchu.
-Michael, znów- powiedziałam uśmiechając się.
Położył na nim dłoń i cierpliwie czekał, aż znów poczuje kopnięcie.
-Chyba rodzi nam się tu piłkarz.
-Albo tancerz- dodał Mike.
-Albo tancerz- potwierdziłam.
I ten miesiąc minął bez żadnych problemów...
Subskrybuj:
Posty (Atom)