Nad ranem przyszedł lekarz.
-Niech pani idzie do domu odpocząć. On na pewno teraz będzie spał. Jeżeli coś się zmieni, to damy pani znać.
-Obiecuje pan?
-Obiecuję.
Wróciłam niechętnie do domu. Rodzice powiedzieli, żebym odpoczęła, a oni zajmą się dziećmi. Kiedy zasnęłam widziałam Mika, śmiejącego się do mnie. Siedzieliśmy razem na łące i rozmawialiśmy cicho. Nagle Michael zaczął się oddalać. Nie mogłam go dogonić. Wyciągałam ręce w jego stronę, ale nic nie mogłam zrobić. Nagle poczułam, że spadam. Zerwałam się do góry. Spojrzałam na miejsce obok mnie, na którym zawsze spał. Zaniosłam się głośnym szlochem. Próbowałam się uspokoić, ale to nie było takie łatwe. Następnego dnia wróciłam do szpitala.
-Dzień dobry- odrzekł lekarz Mika.
-Dzień dobry. Jak on się czuje?
-Lepiej. Jego stan jest stabilny. Właśnie podałem mu leki.
Weszłam do niego. Pocałowałam go w czoło i pogłaskałam po policzku.
-Chyba lubisz mnie straszyć. Błagam, wyliż się z tego. Dzieci cię potrzebują... ja cię potrzebuję. Brakuje nam ciebie.
Złapałam jego dłoń i pocałowałam go w usta. Nagle poczułam, jakby ścisnął moją rękę. Łza zakręciła mi się w oku. Nagle zamiast pikania usłyszałam długi, ciągnący się bez końca pisk. Wtem wbiegł lekarz.
-Niech się pani odsunie! Musimy go operować!
Wzięli Mika na sale operacyjną. Czekałam na korytarzu, modląc się o cud. Po trzech godzinach wyszedł chirurg.
-I jak z nim?
-Przepraszam, a pani jest...
-Żoną.
-Mhm. Więc, jest dobrze, niestety stracił bardzo dużo krwi, ale wyjdzie z tego prędzej, czy później.
-Dziękuję.
-Może się pani z nim zobaczyć.
Poszłam do Mika. Dalej leżał w śpiączce. Widziałam, jak oddycha. Czułam jego puls, a mimo to... nie mogłam nic zrobić. Siedziałam bezczynnie i czekałam, aż coś się wydarzy. Wieczorem wróciłam do domu. Kolejna samotna noc...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz