Kiedy otworzyłam oczy poczułam silną potrzebę, żeby się do kogoś przytulić. Ubrałam szlafrok i zeszłam na dół z Luką. Mia robiła już śniadanie.
-Dzień dobry- powiedziała.
-Dzień dobry- odrzekłam zaspana.
-Śniadanie już jest. Kawy?
-Czarnej, jak moja dusza- zaśmiałam się.
-Nie wydaje mi się. Proszę.
Zaczęłam grzać ręce o ciepły kubek. Musiałam przyznać, że kawa naprawdę byłą pyszna. Nagle usłyszałam tak długo wyczekiwany dzwonek telefonu.
-Mike?
-Hej, skarbie. Jak tam?
-Wszystko dobrze. Byłeś świetny.
-Dziękuję. A jak...
-Z dziećmi wszystko dobrze.
-Cieszę się. A z tobą na pewno jest dobrze?
-Tak, a dlaczego pytasz?
Po chwili ciszy Mike odrzekł:
-Nieważne. Kocham cię.
-Ja ciebie też.
-Niedługo będę w domu.
-Czekam z utęsknieniem.
-Ja też. Pa.
-Pa.
Nagle, zanim zdążyłam odłożyć telefon, zadzwonił jeszcze raz. Tym razem to była mama.
-Jessie? Pamiętasz babcię Ashley?
Z babcią Ashley byłam bardzo zżyta. Bardziej niż z rodzicami.
-Pamiętam, dawno jej nie widziałam.
-Możesz usiąść?
Usiadłam na fotelu.
-Babcia nie żyje.
Z moich oczu pociekło kilka łez.
-Co?- powiedziałam zduszając płacz.
-Przykro mi.
Po rozmowie z mamą siedziałam w salonie i nie odzywałam się cały dzień. Mia próbowała mnie pocieszyć.
-Jessie, wszystko będzie dobrze.
Płakałam w jej koszulkę.
-Nie możesz się teraz załamywać.
-A co innego mam zrobić?
-Pomyśleć o osobie, która kocha cię bardziej, niż sam Bóg. Pomyśl o swoim mężu, o dzieciach. Niedługo zostaniesz matką. Michael liczy na ciebie.
-Mówisz?
-No jasne, że tak. Nie możesz się poddać.
Nagle drzwiami wpadł Mike. Podbiegł do mnie i mocno przytulił.
-Tak mi przykro.
-Wiedziałeś?
-Tak, twoja mama prosiła, żebym ci nic nie mówił. Chciała zrobić to sama.
Zaniosłam się szlochem.
-Ciiiii. Wszystko będzie dobrze.
Płakałam w jego pierś. Czułam, jak jego koszulka robi się coraz bardziej nasiąknięta moimi łzami. Poprowadził nas na kanapę i usiadł ze mną. Oczywiście mnie posadził sobie na kolanach. Delikatnie głaskał mnie po plecach. Byłam zdruzgotana. Babcia Ashley była też moją przyjaciółką. Pamiętam jak się mną opiekowała, kiedy byłam dwuletnią dziewczynką. Serce strasznie szybko mi biło, a ręce się trzęsły. Chwilę potem nie miałam już łez do wylania.
-Już lepiej?
Lekko kiwnęłam głową, dalej tuląc się do jego piersi. Wziął mnie na ręce i zaniósł do góry do sypialni. Położył mnie delikatnie na łóżku i sam spoczął obok. Tuliłam się jak małe dziecko do swojej mamy. Gniotłam i ściskałam jego koszulkę. On od czasu do czasu delikatnie całował mnie w policzek. Kiedy odzyskałam głos odrzekłam:
-Smutno mi.
-Wierzę i współczuję. Chcesz o tym pogadać?
Pokręciłam głową.
-Pamiętaj, że jestem do twojej dyspozycji.
Po chwili martwej ciszy szepnęłam:
-Dziękuję, że przy mnie jesteś.
-Nie ma za co. Jestem i zawsze będę.
-Kocham cię.
-Ja ciebie też.
Miesiąc za miesiącem moja rozpacz gasła, a brzuch rósł. Ten miesiąc minął szybko, a nawet szybciej, niż się spodziewałam...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz