Następnego ranka obudziłam się sama. Mika leżał obok, ale nie obudził mnie płacz dzieci.
-Hej skarbie. Jak się spało?- zapytał mnie.
-Nieźle. A tobie?
-Nie jest źle. Może pójdziemy dzisiaj na konie?
-A dzieci?
-A twoi rodzice?
-Chcesz zrobić z nich niańki?
-Może...
Przewróciłam oczami i wstaliśmy z łóżka. Zeszliśmy na dół z Michaelem, i co się okazało, w kuchni siedzieli moi rodzice i Connor i opiekowali się Dianą i Lucasem.
-Dzisiaj my się nimi zajmiemy, a wy macie odpocząć. Jasne?- zagroziła mama, zanim zdążyłam coś powiedzieć.
-Jesteście pewni? Bo...
-Tak, tak. Uciekajcie.
Mike złapał mnie za ręce i powiedział:
-To... jeśli chodzi o te konie, to...
-W stajni za półgodziny.
Poszłam się ubrać, umyć, uczesać i wzięłam koc. Spotkaliśmy się tam, gdzie powiedziałam, po czym osiodłałam Lunę i pojechaliśmy na łąkę. Przywiązaliśmy konie do drzewa i położyliśmy się na kocu.
-Teraz ty- odrzekł Mike.
-Hmmm... Okej mam. Kiedyś na randce z chłopakiem, oblałam się ponczem.
-Zrobiłaś się jeszcze słodsza.
-Twoja kolej.
-Kiedyś kupiłem dziewczynie kwiaty, na które miała uczulenie.
-Ciekawa randka.
-Żebyś wiedziała. Ale przynajmniej było zabawnie.
Położyłam głowę na piersi Mika i zwyczajnie cieszyliśmy się ciszą.
-Nie sądzisz, że warto wracać?
-Jeszcze nie- odrzekłam- Jest tak miło.
-Zgadzam się.
-I w końcu pozbyłam się brzucha.
-Widzę, że to dla ciebie ulga.
-I to jaka.
Po chwili ciszy dodałam:
-Kocham cię.
-Ja ciebie też.
Po godzinie wzięliśmy koc, wsiedliśmy na konie i wróciliśmy do domu.
-I jak było?- zapytała mama.
-Dobrze.
Wzięłam od niej Dianę, a Mike Lucasa. Wieczorem siedzieliśmy razem
-Kiedy masz następny koncert?- zapytałam.
-Za trzy dni.
-Nie musisz się do niego przygotowywać?
-Nie, bo już jestem gotowy.
Trzy dni później pojechałam razem z Mikiem na koncert, a rodzice zostali z dziećmi. Stałam za kulisami, kiedy popatrzył na mnie. I wtedy usłyszałam strzał. Uśmiech z jego twarzy zniknął i przeobraził się w strach. Michael upadł na kolana. Kurtyna zaczęła opadać, tak szybko, jak tylko mogła. Po chwili mój mąż leżał na plecach, ledwo dysząc. Pocisk trafił w jego biodro. Klęknęłam obok niego.
-Michael! Błagam cię! Nie odchodź! Wszystko będzie dobrze!
Położyłam sobie jego głowę na kolanach i zaczęłam płakać. Moje łzy lekko skapywały na jego pierś. Ostatkami sił pogłaskał mnie po policzku. W końcu przyjechało pogotowie i zabrało go do szpitala. Po godzinie wyczekiwania podszedł do mnie lekarz.
-Jak on się czuje?
-Jest w śpiączce. Nie wiemy jak długo w niej zostanie, ale jego stan jest ciężki.
-Ale przeżyje?
-Miejmy nadzieję, że Bóg da mu szansę.
-Mogę się z nim zobaczyć?
-Tak, proszę- otworzył mi drzwi.
-Dziękuję bardzo.
Usiadłam obok niego. Słyszałam tylko pikanie maszyny i jego ciężki oddech. Złapałam jego dłoń i odgarnęłam mu włosy z czoła. Siedziałam z nim całą noc...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz