kursor

sobota, 22 lutego 2014

Rozdział XLI

Następnego ranka obudziłam się sama. Mika leżał obok, ale nie obudził mnie płacz dzieci.

-Hej skarbie. Jak się spało?- zapytał mnie.

-Nieźle. A tobie?

-Nie jest źle. Może pójdziemy dzisiaj na konie?

-A dzieci?

-A twoi rodzice?

-Chcesz zrobić z nich niańki?

-Może...

Przewróciłam oczami i wstaliśmy z łóżka. Zeszliśmy na dół z Michaelem, i co się okazało, w kuchni siedzieli moi rodzice i Connor i opiekowali się Dianą i Lucasem.

-Dzisiaj my się nimi zajmiemy, a wy macie odpocząć. Jasne?- zagroziła mama, zanim zdążyłam coś powiedzieć.

-Jesteście pewni? Bo...

-Tak, tak. Uciekajcie.

Mike złapał mnie za ręce i powiedział:

-To... jeśli chodzi o te konie, to...

-W stajni za półgodziny.

Poszłam się ubrać, umyć, uczesać i wzięłam koc. Spotkaliśmy się tam, gdzie powiedziałam, po czym osiodłałam Lunę i pojechaliśmy na łąkę. Przywiązaliśmy konie do drzewa i położyliśmy się na kocu.

-Teraz ty- odrzekł Mike.

-Hmmm... Okej mam. Kiedyś na randce z chłopakiem, oblałam się ponczem.

-Zrobiłaś się jeszcze słodsza.

-Twoja kolej.

-Kiedyś kupiłem dziewczynie kwiaty, na które miała uczulenie.

-Ciekawa randka.

-Żebyś wiedziała. Ale przynajmniej było zabawnie.

Położyłam głowę na piersi Mika i zwyczajnie cieszyliśmy się ciszą.

-Nie sądzisz, że warto wracać?

-Jeszcze nie- odrzekłam- Jest tak miło.

-Zgadzam się.

-I w końcu pozbyłam się brzucha.

-Widzę, że to dla ciebie ulga.

-I to jaka.

Po chwili ciszy dodałam:

-Kocham cię.

-Ja ciebie też.

Po godzinie wzięliśmy koc, wsiedliśmy na konie i wróciliśmy do domu.

-I jak było?- zapytała mama.

-Dobrze.

Wzięłam od niej Dianę, a Mike Lucasa. Wieczorem siedzieliśmy razem
-Kiedy masz następny koncert?- zapytałam.
-Za trzy dni.
-Nie musisz się do niego przygotowywać?
-Nie, bo już jestem gotowy.
Trzy dni później pojechałam razem z Mikiem na koncert, a rodzice zostali z dziećmi. Stałam za kulisami, kiedy popatrzył na mnie. I wtedy usłyszałam strzał. Uśmiech z jego twarzy zniknął i przeobraził się w strach. Michael upadł na kolana. Kurtyna zaczęła opadać, tak szybko, jak tylko mogła. Po chwili mój mąż leżał na plecach, ledwo dysząc. Pocisk trafił w jego biodro. Klęknęłam obok niego.
-Michael! Błagam cię! Nie odchodź! Wszystko będzie dobrze!
Położyłam sobie jego głowę na kolanach i zaczęłam płakać. Moje łzy lekko skapywały na jego pierś. Ostatkami sił pogłaskał mnie po policzku. W końcu przyjechało pogotowie i zabrało go do szpitala. Po godzinie wyczekiwania podszedł do mnie lekarz.
-Jak on się czuje?
-Jest w śpiączce. Nie wiemy jak długo w niej zostanie, ale jego stan jest ciężki.
-Ale przeżyje?
-Miejmy nadzieję, że Bóg da mu szansę.
-Mogę się z nim zobaczyć?
-Tak, proszę- otworzył mi drzwi.
-Dziękuję bardzo.
Usiadłam obok niego. Słyszałam tylko pikanie maszyny i jego ciężki oddech. Złapałam jego dłoń i odgarnęłam mu włosy z czoła. Siedziałam z nim całą noc...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz