Nie wiedziałam co zrobić. Patrzyłam mu w oczy i analizowałam sytuację. Fakt numer jeden: właśnie całowałam się z moim idolem. Fakt numer dwa: tak zasadniczo to on pocałował mnie. Fakt numer trzy: właśnie siedzę mu na kolanach. Mike był tak wysoki, że był ze mną równy, a nawet parę centymetrów wyższy. Oddychaliśmy ciężko. Nie sądziłam, że to takie uczucie.
-To... było...
-Tak...- zgodziłam się- Ale następnym razem będziesz się musiał bardziej postarać.
Mike uśmiechnął się. Zeszłam mu z kolan i odwróciłam się przodem do drzwi, a tyłem do niego. Nagle do kuchni wbiegł jeden z chłopców.
-Mike, chodź! Gramy w kolory!
-Już idę.
Kiedy mnie mijał szepnął mi do ucha:
-Lepiej mnie nie kuś.
Czułam, że się rumienię. Tak naprawdę chciałam, aby ta chwila dalej trwała, ale nie mogłam mu tego powiedzieć. Po chwili wyszłam do słonecznego ogródka, gdzie Mike grał z chłopcami. Usiadłam na krześle przy stoliku i przeglądałam papiery, układając dla niego grafik. Nagle poczułam lekki dotyk na policzku.
-Co robisz?- zapytał.
-Układam ci grafik.
-Pomóc ci?
-To nie jest takie proste.
-Chyba jestem już duży i dam sobie radę, co?
-Mam nadzieję.
Mike wziął krzesło i usiadł obok. Dałam mu długopis i czekałam, aż skończy.
-Gotowe.
-Szybko ci poszło. Pokaż.
Po chwili dodałam:
-A uwzględniłeś przerwy na odpoczynek?
-Ups...
-No właśnie. Chyba, że jesteś samowystarczalny i nie musisz odpoczywać.
-Mam nadzieję, że poprawisz moje wypociny.
-Od czego mnie masz?
-Nie tylko po to.
Odwróciłam się i posłałam mu znaczący wzrok, ale ten tylko uśmiechnął się czarująco.
-Idź lepiej pobaw się z chłopcami.
Poszedł. Po parunastu minutach poczułam coś zimnego na plecach. Odwróciłam się, a tam stał Michael z pistoletem na wodę. Zauważyłam, że koło węża stoi wiadro wody. Wzięłam je i zaczęłam iść na Mika. Po kilku minutach dogoniłam go i oblałam. Był cały mokry. Nie zostało z niego nic suchego.
-No dobra. Wygrałaś. W nagrodę dostaniesz ode mnie wielki uścisk.
-Nawet nie próbuj!- krzyknęłam ze śmiechem.
Niestety nie zdążyłam uciec, zanim porwał mnie w objęcia i zmoczył. Przytulając mnie głaskał przy okazji moje plecy.
-Miło- odrzekł.
-Jak dla kogo.
W końcu mnie puścił. Obiecałam mu, że jeszcze się zemszczę. Wróciliśmy do studia. Umyłam się, przebrałam w piżamę i wróciłam do pokoju. Czekał tam na mnie Mike. Kiedy mnie zobaczył wstał, podszedł i objął w pasie.
-Słodka piżamka- powiedział.
-Czy ty czegoś oczekujesz?
-Może.
Nachylił się i lekko mnie pocałował. Mike usiadł i wziął mnie na kolana.
-Może pozwolisz mi się wyspać?
-A co, jeżeli nie?
-To jutro nie będę mogła układać ci grafiku i strojów.
-Ostro grasz. No dobra.
Położyłam się, przykryłam kocem i zamknęłam oczy. Nagle poczułam lekki pocałunek na szyi.
-Przestań! To łaskocze!
Nagle Mike zaczął obcałowywać całą moją szyję. Kręciłam się, wyrywałam, ale on był za silny. Przygwoździł mnie do materaca i całował.
-Mike, starczy! Muszę się wyspać!
-No dobrze, ale jutro mi się nie wywiniesz od buziaków.
-Ale to jutro, a teraz idę już spać.
Po chwili zasnęłam. Następny dzień bardzo szybko nadszedł...
kursor
sobota, 25 stycznia 2014
wtorek, 21 stycznia 2014
Rozdział XX
Następnego dnia Michael miał jechać do domu dziecka, aby odwiedzić maluchy. Od razu zapytały:
-Pograsz z nami w piłkę?
-Jasne.
-Mike.
-Tak?
-Nie wiem czy zauważyłeś, ale ty kulejesz jeszcze.
-Będzie dobrze. Nie martw się.
Mike stanął na bramce. W jednej sekundzie chłopiec kopnął piłkę, która uderzyła Michaela w krocze. Król popu upadł na kolana.
-O żesz...
Podeszłam do niego i nachyliłam się nad leżącym Mikiem.
-Dalej sądzisz, że będzie dobrze?
-Nie w stu procentach- powiedział piskliwie.
Pomogłam mu wstać. Poszliśmy razem do kuchni i wyjęłam worek lodu. Wziął go ode mnie i przyłożył do bolącego miejsca. Usiadłam na przeciwko.
-Może chcesz więcej lodu?
-Nie, dziękuję.
-Bardzo boli.
Pokiwał głową.
-Nie masz za dużo szczęścia ostatnio, co?
-Chyba nie.
-Kupię ci kotka na pocieszenie- zażartowałam.
-Byłoby miło.
Zaśmiałam się. Mike delikatnie się zbliżył. Położył mi dłoń na policzku i delikatnie pocałował. Czułam jego miłość w każdym najdelikatniejszym ruchu. Złapał mnie za szlufki od spodni i przyciągnął na swoje kolana. Odsunęłam się na chwilę.
-Nie boli cię noga?- zapytałam.
-Na razie nie- po czym znów mnie pocałował.
Wszystkie moje szare komórki obudziły się do życia. To było jak piękny sen...
-Pograsz z nami w piłkę?
-Jasne.
-Mike.
-Tak?
-Nie wiem czy zauważyłeś, ale ty kulejesz jeszcze.
-Będzie dobrze. Nie martw się.
Mike stanął na bramce. W jednej sekundzie chłopiec kopnął piłkę, która uderzyła Michaela w krocze. Król popu upadł na kolana.
-O żesz...
Podeszłam do niego i nachyliłam się nad leżącym Mikiem.
-Dalej sądzisz, że będzie dobrze?
-Nie w stu procentach- powiedział piskliwie.
Pomogłam mu wstać. Poszliśmy razem do kuchni i wyjęłam worek lodu. Wziął go ode mnie i przyłożył do bolącego miejsca. Usiadłam na przeciwko.
-Może chcesz więcej lodu?
-Nie, dziękuję.
-Bardzo boli.
Pokiwał głową.
-Nie masz za dużo szczęścia ostatnio, co?
-Chyba nie.
-Kupię ci kotka na pocieszenie- zażartowałam.
-Byłoby miło.
Zaśmiałam się. Mike delikatnie się zbliżył. Położył mi dłoń na policzku i delikatnie pocałował. Czułam jego miłość w każdym najdelikatniejszym ruchu. Złapał mnie za szlufki od spodni i przyciągnął na swoje kolana. Odsunęłam się na chwilę.
-Nie boli cię noga?- zapytałam.
-Na razie nie- po czym znów mnie pocałował.
Wszystkie moje szare komórki obudziły się do życia. To było jak piękny sen...
sobota, 18 stycznia 2014
Rozdział XIX
Mike wypił lekarstwo. Oddał mi fiolkę, po czym zaczął kaszleć.
-Ale ohyda.
-Hmmm... Skutki uboczne to: wymioty, zawroty głowy, głuchota, kalectwo i śmierć.
-Że co?!
-Żartowałam.
Michael powiedział stanowczo:
-Zobaczysz, jak cię złapię, to proś Boga o litość.
I zaczął mnie ganiać po całej garderobie. Oczywiście dałam mu fory, bo co prawda już nie potrzebował laski, ale dalej kulał. Zagonił mnie w stronę kanapy. Kiedy się zbliżył oboje polecieliśmy na materac. Los trafił, że on był nade mną. Spojrzałam w jego brązowe oczy. Były przepełnione troską, a może czymś więcej... Zrobiłam się czerwona. Wydawało mi się, że powoli się jakby zbliżał. Zarumieniłam się i czekałam uśmiechnięta na to, co się stanie. Jego oczy przypominały mi polującego kota. Miał nawet takie ruchy. Opierał się tylko na rękach. Jego loki delikatnie opadały w dół. Nachylił się i szepnął mi do ucha:
-A teraz przyznaj, że wygrałem.
-No dobrze. Niech ci będzie, że wygrałeś.
Uśmiechnął się, wstał i pomógł mi się podnieść zadowolony z siebie. Przewróciłam oczami.
-Straszny jesteś.
-Wiem.
-Ale ohyda.
-Hmmm... Skutki uboczne to: wymioty, zawroty głowy, głuchota, kalectwo i śmierć.
-Że co?!
-Żartowałam.
Michael powiedział stanowczo:
-Zobaczysz, jak cię złapię, to proś Boga o litość.
I zaczął mnie ganiać po całej garderobie. Oczywiście dałam mu fory, bo co prawda już nie potrzebował laski, ale dalej kulał. Zagonił mnie w stronę kanapy. Kiedy się zbliżył oboje polecieliśmy na materac. Los trafił, że on był nade mną. Spojrzałam w jego brązowe oczy. Były przepełnione troską, a może czymś więcej... Zrobiłam się czerwona. Wydawało mi się, że powoli się jakby zbliżał. Zarumieniłam się i czekałam uśmiechnięta na to, co się stanie. Jego oczy przypominały mi polującego kota. Miał nawet takie ruchy. Opierał się tylko na rękach. Jego loki delikatnie opadały w dół. Nachylił się i szepnął mi do ucha:
-A teraz przyznaj, że wygrałem.
-No dobrze. Niech ci będzie, że wygrałeś.
Uśmiechnął się, wstał i pomógł mi się podnieść zadowolony z siebie. Przewróciłam oczami.
-Straszny jesteś.
-Wiem.
wtorek, 14 stycznia 2014
Rozdział XVIII
Pewnego ranka usłyszałam huk. Od razu pobiegłam do Michaela. Nie zawahałam się ani chwili i wbiegłam do środka. Zobaczyłam go na ziemi. Trzymał się za nogę. Podbiegłam do niego i klękłam obok.
-Mike! Co się stało?!
-Noga.
-Pokaż.
Odsłoniłam jego zabandażowaną łydkę. Mocno krwawiła.
-Musimy zmienić ci bandaż i odkazić ci ranę. To może trochę boleć.
Wzięłam z apteczki spirytus i bandaż. Odwinęłam mu stary i namoczyłam wacik spirytusem. Mike krzyknął z bólu.
-Przepraszam. Wytrzymaj jeszcze chwilę. Tylko założę opatrunek.
Ciężko oddychał. Musiało go bardzo boleć. Potem przytuliłam się do niego, aby go uspokoić. Mocno mnie objął dysząc.
-Cśśśśśśśś- uspokajałam go- Już wszystko w porządku. Spróbujesz usiąść?
Pokiwał głową. Pomogłam mu wstać i usiadł na łóżku, a ja obok niego.
-To wygląda coraz gorzej...
-Wiem. To chyba koniec kariery.
-Na pewno znajdziemy jakiś lek.
-Jeden na świecie taki istnieje. Sprzedają go na bazarze niedaleko, ale to bardzo niebezpieczna okolica. Obiecaj mi, że nie pójdziesz tam sama.
-Obiecuję.
Mike zmierzył mnie wzrokiem.
-No dobra. Pozwolisz, że jeszcze trochę pośpię? Miałem ciężką noc.
-Jasne.
-To dobranoc.
-Dobranoc.
Zamknęłam za sobą drzwi. No to czas na bazar. Wiem, że Michaelowi obiecałam co innego, ale nie mogłam pozwolić, aby tak cierpiał. Wzięłam ze sobą Lukę. Poszłam z nim po to lekarstwo. Było tam naprawdę niebezpiecznie. Co chwilę nas ktoś zaczepiał. Luka nie przestawał warczeć. W końcu doszłam do stoiska.
-Dzień dobry. Szukam pewnego leku...
-Niech zgadnę. Krwawienie z rany i ostry ból?
-Tak, ale skąd pan...
-Nie pytaj. To będzie sto dolarów.
-Sto dolarów?!
-Ten lek normalnie kosztuje dwieście, ale kto by u mnie taki kupił?
-Zgoda.
Zapłaciłam kupcowi i wróciłam do Mika. Po drodze spotkałam jego choreografa.
-Nie wie pan, gdzie jest Michael?
-Chyba właśnie się obudził.
-Dziękuję.
Poszłam do jego garderoby. Zapukałam.
-Proszę.
Weszłam dokładnie wtedy, kiedy chciał zakładać koszulkę. Kiedy zobaczyłam jego wyrzeźbione ciało zamarło mi dech w piersiach i stanęłam jak wryta.
-Jessie- dopiero wtedy się ocknęłam- Czy to jest to co myślę?
Spojrzałam na butelkę z lekarstwem. Michael założył ręce na piersi i westchnął.
-Prosiłem, żebyś tam nie szła.
-Musiałam. Nie mogłam patrzyć jak cierpisz.
Podszedł bardzo blisko mnie i założył kosmyk moich włosów za ucho.
-Jestem dorosłym człowiekiem. Zdzierżę wszystko.To nic takiego.
Po chwili patrzenia sobie nawzajem w oczy dodał:
-Ale odważna jesteś.
Zarumieniłam się. Wreszcie coś zaczęło iść dobrze...
sobota, 11 stycznia 2014
Rozdział XVII
Siedziałam z Michaelem cały dzień. Ani na moment nie puszczałam jego dłoni.
-Długo leciałem?
-Nie aż tak. Jakieś parę sekund. Za to mocno byłeś poturbowany.
-Przepraszam cię za to.
-To nie twoja wina. A poza tym nie pozwoliłabym ci startować, gdyby wyścig nie byłby na cel charytatywny.
Po obiedzie zaczęłam czytać mu książkę. Usiadłam obok niego wertując kolejne strony. Widocznie Anioł Stróż nie opuścił ani Michaela, ani mnie. Wieczorem przyszedł producent.
-Cześć Mike. Jessie, może jedź do studia i lepiej się wyśpij. Teraz ja z nim posiedzę.
Spojrzałam na Michaela. Odgarnął mi kosmyk włosów z twarzy.
-Idź. Nigdzie się nie wybieram.
Zawahałam się tylko przez chwilę, po czym nachyliłam się nad nim i pocałowałam w policzek. Wzięłam swoje rzeczy i pomachałam mu na pożegnanie. Odmachał mi z uśmiechem. Wróciłam do studia, aby trochę odpocząć. Bardzo się o niego martwiłam. Nie wiedziałam, czy wyjdzie z tego. Miałam szczerą nadzieję. Kiedy weszłam do pokoju zobaczyłam Lukę, śpiącego na łóżku. Zawsze kiedy tak robił karciłam go i wyganiałam z materaca, ale tym razem pozwoliłam mu spać ze mną. Miałam ogromną ochotę się do kogoś przytulić tej nocy. Śnił mi się Michael. Siedzieliśmy razem na łące patrząc na zachód słońca. Nie miał ani jednego zadrapania. Jego ręka była bez gipsu i zdrowa. Trzymał moją dłoń, a ja opierałam głowę o jego ramię. W końcu się obudziłam. Ubrałam się, uczesałam, umyłam i poszłam do szpitala. Producent dalej siedział z Mikiem. Widziałam ich przez szybę. Zapukałam cicho. Michael obejrzał się na mnie i uśmiechnął.
-Zmiana warty- odrzekłam żartobliwie.
-Ok Mike, to ja wpadnę wieczorem. Do zobaczenia.
Wyszedł. Pocałowałam go w czoło i usiadłam obok.
-Jak się dzisiaj ma nasz rajdowiec?
-Chyba kaskader. Trochę lepiej, ale boli mnie w okolicy żeber.
-Mam zobaczyć?
Mike podniósł koszulkę. Miał tam bandaż. Odsunęłam go i zobaczyłam bardzo nieładne zadrapanie.
-Trochę cię poboli, mój drogi. Masz tam spore zadrapanie.
Opuściłam mu koszulę i poprawiłam jego czarne włosy.
-Cieszę się, że jesteś- odrzekł.
Zarumieniłam się.
-Kiedy wychodzisz?
-Chyba za jakieś dwa tygodnie. Tylko będę miał problemy z chodzeniem.
-Uszkodziłeś sobie nogę?
-Mam rozciętą łydkę. Będę musiał ją w domu ćwiczyć.
-A co z tańcem?
-Na razie nie ma mowy. Zobaczymy co potem.
Po dwóch tygodniach Michael wrócił do studia. Co prawda chodził o kuli, ale coraz lepiej mu szło. Miałam nadzieję, że wyzdrowieje...
-Długo leciałem?
-Nie aż tak. Jakieś parę sekund. Za to mocno byłeś poturbowany.
-Przepraszam cię za to.
-To nie twoja wina. A poza tym nie pozwoliłabym ci startować, gdyby wyścig nie byłby na cel charytatywny.
Po obiedzie zaczęłam czytać mu książkę. Usiadłam obok niego wertując kolejne strony. Widocznie Anioł Stróż nie opuścił ani Michaela, ani mnie. Wieczorem przyszedł producent.
-Cześć Mike. Jessie, może jedź do studia i lepiej się wyśpij. Teraz ja z nim posiedzę.
Spojrzałam na Michaela. Odgarnął mi kosmyk włosów z twarzy.
-Idź. Nigdzie się nie wybieram.
Zawahałam się tylko przez chwilę, po czym nachyliłam się nad nim i pocałowałam w policzek. Wzięłam swoje rzeczy i pomachałam mu na pożegnanie. Odmachał mi z uśmiechem. Wróciłam do studia, aby trochę odpocząć. Bardzo się o niego martwiłam. Nie wiedziałam, czy wyjdzie z tego. Miałam szczerą nadzieję. Kiedy weszłam do pokoju zobaczyłam Lukę, śpiącego na łóżku. Zawsze kiedy tak robił karciłam go i wyganiałam z materaca, ale tym razem pozwoliłam mu spać ze mną. Miałam ogromną ochotę się do kogoś przytulić tej nocy. Śnił mi się Michael. Siedzieliśmy razem na łące patrząc na zachód słońca. Nie miał ani jednego zadrapania. Jego ręka była bez gipsu i zdrowa. Trzymał moją dłoń, a ja opierałam głowę o jego ramię. W końcu się obudziłam. Ubrałam się, uczesałam, umyłam i poszłam do szpitala. Producent dalej siedział z Mikiem. Widziałam ich przez szybę. Zapukałam cicho. Michael obejrzał się na mnie i uśmiechnął.
-Zmiana warty- odrzekłam żartobliwie.
-Ok Mike, to ja wpadnę wieczorem. Do zobaczenia.
Wyszedł. Pocałowałam go w czoło i usiadłam obok.
-Jak się dzisiaj ma nasz rajdowiec?
-Chyba kaskader. Trochę lepiej, ale boli mnie w okolicy żeber.
-Mam zobaczyć?
Mike podniósł koszulkę. Miał tam bandaż. Odsunęłam go i zobaczyłam bardzo nieładne zadrapanie.
-Trochę cię poboli, mój drogi. Masz tam spore zadrapanie.
Opuściłam mu koszulę i poprawiłam jego czarne włosy.
-Cieszę się, że jesteś- odrzekł.
Zarumieniłam się.
-Kiedy wychodzisz?
-Chyba za jakieś dwa tygodnie. Tylko będę miał problemy z chodzeniem.
-Uszkodziłeś sobie nogę?
-Mam rozciętą łydkę. Będę musiał ją w domu ćwiczyć.
-A co z tańcem?
-Na razie nie ma mowy. Zobaczymy co potem.
Po dwóch tygodniach Michael wrócił do studia. Co prawda chodził o kuli, ale coraz lepiej mu szło. Miałam nadzieję, że wyzdrowieje...
piątek, 10 stycznia 2014
Rozdział XVI
Dojechaliśmy na tor. Mike wsiadł do auta i założył kask. Jego ekipa dopompowywała jeszcze opony.
-Trzymaj się z dala od toru- powiedział mi podnosząc szybkę od hełmu.
-Spokojnie. Nie jestem małym dzieckiem,
Zerknął na mnie z niepewnością, ale jednocześnie się uśmiechał.
-Masz dwie minuty- powiedziałam- Lepiej podjedź już na start.
-Się robi szefie.
Michael podjechał ostrożnie do linii startu. Na zegarze pojawiły się sekundy do rozpoczęcia wyścigu. Pięć, cztery, trzy, dwa jeden... Zobaczyłam tylko, jak bolid numer trzynaście pojechał na przód z Mikiem w środku. Miał do zrobienia dwieście okrążeń. Po pięćdziesiątym podjechał do boksu.
-Starły mi się opony. Czy moglibyście je...
-Już.
-Ale ja nawet nie zdążyłem...
-Nie czas na gadanie. Jedź!- odrzekłam- Uważaj na siebie.
-Obiecuję.
Wyjechał. Miałam nadzieję, żeby ten wyścig szybko się skończył. Niestety skończył się bardzo szybko, ale tragicznie. Michaelowi pękła opona i przegrzał się silnik. Zaczął dachować. Zatrzymał się na trawie, na środku toru. Nagle wszystkie auta stanęły. Podbiegli ratownicy. Ja byłam zaraz po nich. Pomagałam im z Mikiem, którego dopiero co wyciągnęli z mobilu. Próbowałam go obudzić.
-To nic nie da. Musimy odwieźć go do szpitala- odrzekł jeden ratownik.
-Mogę pojechać z wami?
-Oczywiście.
Wsiadłam z nimi do karetki. Całą drogę trzymałam go za rękę.
-Żyje, tylko jest nieprzytomny- powiedział ratownik widząc moją zmartwioną minę.
-Ale wyliże się z tego?
-Miejmy nadzieję.
Michael miał złamaną rękę, dużo siniaków i masę ran, na szczęście nie dużych i nie groźnych. W końcu dojechaliśmy. Szybko przewieźli go na salę obserwacyjną. Usiadłam i czekałam na cud. Czy on się w ogóle wybudzi? Modliłam się o to. Po dwóch godzinach lekarz wyszedł do mnie.
-Żyje. Jest w dobrym stanie, ale trochę będzie musiał tu poleżeć.
-Czy mogę się z nim zobaczyć?
-Tak, ale nadal się nie obudził. Może to trochę potrwać.
-Dziękuję.
Weszłam do jego sali. Usiadłam obok i złapałam jego dłoń. Głaskałam go delikatnie po włosach, aby się uspokoić. Wydaje mi się, że to ja byłam bardziej zdenerwowana, niż on. Jedyne, co mogłam robić, to modlić się do Boga, aby dał mu szansę. Życie bez niego nie byłoby już takie samo. Obudziłam się z głową przy jego ramieniu, siedząc na krześle.
-Proszę. Wróć- wyszeptałam.
-Jeszcze nigdzie się nie wybieram.
Podniosłam energicznie głowę. Michael patrzył na mnie swoimi brązowymi oczami. Rzuciłam się, aby go przytulić. Uważałam na jego złamaną rękę. Twarz miał w małych zadrapaniach.
-Ty żyjesz!- krzyknęłam szczęśliwa.
-Nie tak łatwo jest się mnie pozbyć- odrzekł żartobliwie.
Wtuliłam głowę w jego ramię. Głaskał mnie lekko i szeptał, abym się uspokoiła.
-Siedziałaś tu przez całą noc?
Kiwnęłam głową.
-Nie musiałaś.
-Cicho. Najważniejsze dla mnie jest to, że żyjesz.
Najwyraźniej Bóg dał mu szansę...
czwartek, 9 stycznia 2014
Rozdział XV
Po ubraniu się poszłam na scenę. Michael stał na niej i czekał. Kiedy mnie zobaczył podszedł i pomógł mi wejść. Na niej stało coś wielkiego i kwadratowego, przykrytego kocem.
-Co tam jest?
-Zaraz się dowiesz- odrzekł.
Mike zdjął przykrycie. Po nim znajdowała się klatka z czarną panterą.
-To jest Castiel.
-Niech zgadnę. Dostałeś go w prezencie?
Wzruszył ramionami.
-Widzę, że nie masz co robić- odrzekł.
-Czy ja wiem...
-Zabieram cię dzisiaj na wyścigi.
-Bierzesz w nich udział?
-Owszem. Jesteś zaproszona jako specjalny gość.
-Albo skąpisz kasy.
-Nie tym razem.
-Jeździłeś już taką maszyną?
-Tak. Spokojnie. Będzie dobrze.
-Kiedy to będzie?
-Jutro.
-Jesteś niemożliwy.
Następnego dnia wstałam rano. Spotkałam producenta Mika.
-O, witaj Jessie. Czy mogłabyś obudzić Michaela? Śpioch ma wyścig za cztery godziny.
-Oczywiście.
-Bardzo ci dziękuję. Miłego dnia życzę.
Zapukałam do garderoby Mika. Nie usłyszałam żadnej odpowiedzi. Weszłam cicho. Drzwi były otwarte. Michael spał, nagi od pasa w górę. Przysiadłam obok łóżka, aby na niego popatrzeć. Jego ciało było idealnie wyrzeźbione. Był szczupły, a jego mięśnie twarde. Zrozumiałam, że bez Michaela nie wyobrażałabym sobie dalszego życia. Przekręcił się i otworzył oczy. Zarumieniłam się. Myślałam, że zaraz zacznie na mnie krzyczeć i wygoni mnie z garderoby. Ale on tylko się uśmiechnął i pogłaskał mnie po policzku.
-Hej- odrzekł przeciągając się.
-Hej. Nie chcę cię martwić, ale masz wyścig za parę godzin.
Mike spojrzał na zegarek i zerwał się w łóżka jak oparzony. Wszedł za kotarę i zaczął się ubierać. Zrobił to w rekordowym czasie. Miał na sobie specjalny kombinezon.
-I jak?
-Całkiem nieźle, tylko tutaj trzeba poprawić- powiedziałam i zaczęłam poprawiać jego kołnierz.
-To co? Gotowa?
-Oczywiście.
-Co tam jest?
-Zaraz się dowiesz- odrzekł.
Mike zdjął przykrycie. Po nim znajdowała się klatka z czarną panterą.
-To jest Castiel.
-Niech zgadnę. Dostałeś go w prezencie?
Wzruszył ramionami.
-Widzę, że nie masz co robić- odrzekł.
-Czy ja wiem...
-Zabieram cię dzisiaj na wyścigi.
-Bierzesz w nich udział?
-Owszem. Jesteś zaproszona jako specjalny gość.
-Albo skąpisz kasy.
-Nie tym razem.
-Jeździłeś już taką maszyną?
-Tak. Spokojnie. Będzie dobrze.
-Kiedy to będzie?
-Jutro.
-Jesteś niemożliwy.
Następnego dnia wstałam rano. Spotkałam producenta Mika.
-O, witaj Jessie. Czy mogłabyś obudzić Michaela? Śpioch ma wyścig za cztery godziny.
-Oczywiście.
-Bardzo ci dziękuję. Miłego dnia życzę.
Zapukałam do garderoby Mika. Nie usłyszałam żadnej odpowiedzi. Weszłam cicho. Drzwi były otwarte. Michael spał, nagi od pasa w górę. Przysiadłam obok łóżka, aby na niego popatrzeć. Jego ciało było idealnie wyrzeźbione. Był szczupły, a jego mięśnie twarde. Zrozumiałam, że bez Michaela nie wyobrażałabym sobie dalszego życia. Przekręcił się i otworzył oczy. Zarumieniłam się. Myślałam, że zaraz zacznie na mnie krzyczeć i wygoni mnie z garderoby. Ale on tylko się uśmiechnął i pogłaskał mnie po policzku.
-Hej- odrzekł przeciągając się.
-Hej. Nie chcę cię martwić, ale masz wyścig za parę godzin.
Mike spojrzał na zegarek i zerwał się w łóżka jak oparzony. Wszedł za kotarę i zaczął się ubierać. Zrobił to w rekordowym czasie. Miał na sobie specjalny kombinezon.
-I jak?
-Całkiem nieźle, tylko tutaj trzeba poprawić- powiedziałam i zaczęłam poprawiać jego kołnierz.
-To co? Gotowa?
-Oczywiście.
sobota, 4 stycznia 2014
Rozdział XIV
Jechaliśmy z Michaelem przez jakieś trzy godziny. Byłam totalnie zmęczona, kiedy dojechaliśmy na miejsce.
-Chcesz się położyć?- zapytał Mike.
-Ale tylko na chwilę.
Poszłam do mojego pokoju. Zamiast się rozpakowywać, rzuciłam się na łóżko. Zasnęłam po paru minutach. Obudziłam się w nocy. Michael zdejmował kostium. Kiedy zdjął koszulkę stłumiłam pisk. Miał mocne mięśnie i bardzo zadbane ciało. Odwrócił się. Uśmiechnął się do mnie i klęknął przy łóżku.
-Hej. Przepraszam, że cię obudziłem.
-Nic się nie stało. Ale czemu byłeś w kostiumie?
-Miałem próby. Przespałaś cały dzień.
-Głowa mnie bolała. Byłam zmęczona.
-To dobrze, że odpoczęłaś. Widzę, że Luka przez cały czas cię pilnuje- powiedział i spojrzał na leżącego koło łóżka owczarka.
-Zdaje mi się czasem, że jest takim jakby moim...
-Opiekunem?
-Zgadza się. Ale to nie znaczy, że nie doceniam ciebie.
Mike położył się koło mnie na łóżku. Przytuliłam się do niego. Było mi tak wygodnie. Obudziwszy się rano zauważyłam Lukę stojącego pod drzwiami.
-Co jest piesku?- zapytałam przecierając oczy.
Potrząsnął głową. Wtedy wszedł Michael. A właściwie to wjechał z wózkiem restauracyjnym.
-Śniadanie!- poinformował mnie.
Usiadłam na łóżku.
-Dzisiaj szef kuchni poleca: omlet z szynką, kawa, tosty z miodem i kawałek sernika.
-Sam robiłeś?
-A jeżeli powiem, że tak?
-To znaczy, że kłamiesz.
-Nie koniecznie.
-Tak? A co zrobiłeś sam?
Mike spuścił głowę i mruknął:
-Kawę.
-To i tak nieźle- podniosłam go na duchu.
Uśmiechnął się.
-Z ekspresu?- zapytałam.
-Nie tym razem.
-To czuć, bo kawę po zalaniu trzeba pomieszać.
Zaczął się jąkać.
-No bo... Bo to jest takie trudne. Tyle łyżeczek kawy, tyle wody i jeszcze gorącej, a potem jeszcze dokładnie wymieszać.
-Jak chcesz, to nauczę cię jak odnaleźć się w kuchni.
-Naprawdę?
-Jasne. Zaczniemy od kawy.
-Z chęcią, ale zaraz mam sesję z kotami.
-Luka chyba będzie je ganiał przez cały dzień.
-Oj wydaje mi się, że będzie na odwrót.
-Co masz na myśli?
Uśmiechnął się.
-Ubierz się i spotkamy się na scenie koło kulis.
Wyszedł. Ubrałam jeansy, koszulkę, trampki i poszłam w umówione miejsce.
-Chcesz się położyć?- zapytał Mike.
-Ale tylko na chwilę.
Poszłam do mojego pokoju. Zamiast się rozpakowywać, rzuciłam się na łóżko. Zasnęłam po paru minutach. Obudziłam się w nocy. Michael zdejmował kostium. Kiedy zdjął koszulkę stłumiłam pisk. Miał mocne mięśnie i bardzo zadbane ciało. Odwrócił się. Uśmiechnął się do mnie i klęknął przy łóżku.
-Hej. Przepraszam, że cię obudziłem.
-Nic się nie stało. Ale czemu byłeś w kostiumie?
-Miałem próby. Przespałaś cały dzień.
-Głowa mnie bolała. Byłam zmęczona.
-To dobrze, że odpoczęłaś. Widzę, że Luka przez cały czas cię pilnuje- powiedział i spojrzał na leżącego koło łóżka owczarka.
-Zdaje mi się czasem, że jest takim jakby moim...
-Opiekunem?
-Zgadza się. Ale to nie znaczy, że nie doceniam ciebie.
Mike położył się koło mnie na łóżku. Przytuliłam się do niego. Było mi tak wygodnie. Obudziwszy się rano zauważyłam Lukę stojącego pod drzwiami.
-Co jest piesku?- zapytałam przecierając oczy.
Potrząsnął głową. Wtedy wszedł Michael. A właściwie to wjechał z wózkiem restauracyjnym.
-Śniadanie!- poinformował mnie.
Usiadłam na łóżku.
-Dzisiaj szef kuchni poleca: omlet z szynką, kawa, tosty z miodem i kawałek sernika.
-Sam robiłeś?
-A jeżeli powiem, że tak?
-To znaczy, że kłamiesz.
-Nie koniecznie.
-Tak? A co zrobiłeś sam?
Mike spuścił głowę i mruknął:
-Kawę.
-To i tak nieźle- podniosłam go na duchu.
Uśmiechnął się.
-Z ekspresu?- zapytałam.
-Nie tym razem.
-To czuć, bo kawę po zalaniu trzeba pomieszać.
Zaczął się jąkać.
-No bo... Bo to jest takie trudne. Tyle łyżeczek kawy, tyle wody i jeszcze gorącej, a potem jeszcze dokładnie wymieszać.
-Jak chcesz, to nauczę cię jak odnaleźć się w kuchni.
-Naprawdę?
-Jasne. Zaczniemy od kawy.
-Z chęcią, ale zaraz mam sesję z kotami.
-Luka chyba będzie je ganiał przez cały dzień.
-Oj wydaje mi się, że będzie na odwrót.
-Co masz na myśli?
Uśmiechnął się.
-Ubierz się i spotkamy się na scenie koło kulis.
Wyszedł. Ubrałam jeansy, koszulkę, trampki i poszłam w umówione miejsce.
czwartek, 2 stycznia 2014
Rozdział XIII
Obudziłam się rano. Kiedy zeszłam na dół w szlafroku Michael pomagał mojej mamie w kuchni przy śniadaniu. Usiadłam przy blacie twarzą do gotującego Michaela.
-Słodko wyglądasz w tym fartuszku- powiedziałam.
-A jak dobrze gotuje- odrzekła mama szczypiąc go w policzek.
Zaśmiałam się cicho, a Mike wzruszył ramionami rozbawiony z lekka.
-To świetny chłopak- powiedział tata.
-Widzę, że plusujesz- zaśmiałam się.
-Twój brat mógłby być taki, jak on- odrzekł ojciec.
Mama spojrzała na niego srogo.
-Mamo, a gdzie jest Connor?
-Chyba u swojej dziewczyny. A czemu pytasz?
-Bo nie wrócił na noc.
-To u niego ostatnio normalne. Włóczy się jak jakiś pies po mieście i robi nie wiadomo co- powiedział tata.
-Jest od ciebie starszy?- zapytał Michael.
-O rok. Ale to wcale nie znaczy, że mądrzejszy.
Uśmiechnął się rozbawiony.
-Chcesz śniadanie?
-Tak, proszę. A co dziś zaserwujesz, mistrzu kuchni?
-A może tosty, jajecznicę i sok?
-Brzmi świetnie.
Mike podał mi talerz ze śniadaniem, który od razu zjadłam ze smakiem. Potem pobiegłam się ubrać. Może to dziwnie zabrzmi, ale Luka był jak jakiś zmutowany genetycznie pies. Był silniejszy, zwinniejszy i większy, niż reszta jego rówieśników. A co najważniejsze, kiedy coś do niego powiedziałam wydawało mi się, że rozumiał i kiwał łbem. Ubrałam koszulkę, bluzę, jeansy i trampki. Mike wziął moją walizkę i wrzucił do auta, kiedy ja żegnałam się z rodzicami.
-Do widzenia i dziękuję za gościnę- powiedział do mojej mamy i taty.
-Nie ma za co. I wpadaj częściej- odrzekła mama szczypiąc go w policzek.
-Wpadniemy na pewno- zapewniłam- Pa mamo.
-Pa Jessie. Miłego Tournee.
-Dziękuję mamo.
W tym czasie Luka wskoczył na tylne siedzenie.
-Luka, ty zostajesz tutaj- odrzekłam.
-Sądzę, że zabranie go będzie dobrym pomysłem- odrzekł Mike głaszcząc się po karku.
-Zgoda- powiedziałam mierząc go wzrokiem.
Wydało mi się to dziwne. Ale nie miałam ochoty na kłótnie. Zaczęła się przygoda...
-Słodko wyglądasz w tym fartuszku- powiedziałam.
-A jak dobrze gotuje- odrzekła mama szczypiąc go w policzek.
Zaśmiałam się cicho, a Mike wzruszył ramionami rozbawiony z lekka.
-To świetny chłopak- powiedział tata.
-Widzę, że plusujesz- zaśmiałam się.
-Twój brat mógłby być taki, jak on- odrzekł ojciec.
Mama spojrzała na niego srogo.
-Mamo, a gdzie jest Connor?
-Chyba u swojej dziewczyny. A czemu pytasz?
-Bo nie wrócił na noc.
-To u niego ostatnio normalne. Włóczy się jak jakiś pies po mieście i robi nie wiadomo co- powiedział tata.
-Jest od ciebie starszy?- zapytał Michael.
-O rok. Ale to wcale nie znaczy, że mądrzejszy.
Uśmiechnął się rozbawiony.
-Chcesz śniadanie?
-Tak, proszę. A co dziś zaserwujesz, mistrzu kuchni?
-A może tosty, jajecznicę i sok?
-Brzmi świetnie.
Mike podał mi talerz ze śniadaniem, który od razu zjadłam ze smakiem. Potem pobiegłam się ubrać. Może to dziwnie zabrzmi, ale Luka był jak jakiś zmutowany genetycznie pies. Był silniejszy, zwinniejszy i większy, niż reszta jego rówieśników. A co najważniejsze, kiedy coś do niego powiedziałam wydawało mi się, że rozumiał i kiwał łbem. Ubrałam koszulkę, bluzę, jeansy i trampki. Mike wziął moją walizkę i wrzucił do auta, kiedy ja żegnałam się z rodzicami.
-Do widzenia i dziękuję za gościnę- powiedział do mojej mamy i taty.
-Nie ma za co. I wpadaj częściej- odrzekła mama szczypiąc go w policzek.
-Wpadniemy na pewno- zapewniłam- Pa mamo.
-Pa Jessie. Miłego Tournee.
-Dziękuję mamo.
W tym czasie Luka wskoczył na tylne siedzenie.
-Luka, ty zostajesz tutaj- odrzekłam.
-Sądzę, że zabranie go będzie dobrym pomysłem- odrzekł Mike głaszcząc się po karku.
-Zgoda- powiedziałam mierząc go wzrokiem.
Wydało mi się to dziwne. Ale nie miałam ochoty na kłótnie. Zaczęła się przygoda...
środa, 1 stycznia 2014
Rozdział XII
Po balu wróciłam z Michaelem do mojego domu. Chciałam go przedstawi rodzicom osobiście.
Przeciągnęłam się i usiadłam. Mike wziął moją głowę i poodgarniał mi włosy z twarzy.
-Mamo?- powiedziałam wchodząc.
-Jestem w kuchni!
Złapałam Michaela za rękę i powiodłam za sobą. Kiedy znaleźliśmy się obok kuchni pokazałam mu gestem, aby poczekał. Weszłam tam.
-Mamo. Chciałabym ci kogoś przedstawić.
Kiwnęłam głową na Mika. Podszedł do mnie.
-Mamo, to jest Michael. Michael, to jest moja mama.
-Bardzo mi miło- powiedział.
-I wzajemnie. Siadajcie zrobiłam wam ciasteczka.
-Może najpierw pójdziemy się przebrać- zaproponowałam.
Wchodząc po schodach Michael uświadomił sobie, że ma tylko to, w czym jest teraz.
-Nie szkodzi. Wyciągnę coś z szafy mojego brata.
Kiedy zmieniłam ciuchy zabrałam Mika do pokoju Connora. Wyciągnęłam z szafy koszulkę z tygrysem i dżinsy. Kiedy się przebrał wyszedł mi się pokazać.
-I jak?
-Obróć się- powiedziałam.
Okręcił się w kółko parę razy.
-Świetnie wyglądasz.
Uśmiechnął się.
-To kiedy masz następny koncert?- zapytałam.
-Za tydzień.
-To bardzo mało czasu.
-Niestety. Jutro musimy wyjechać.
-Pójdę się spakować- powiedziałam.
-Obejrzymy dziś jakiś film?
-Jasne, wybierz coś.
Poszłam wpakować rzeczy do walizki. Włożyłam tam koszulki, sukienkę, jeansy, bluzy, rękawiczki, kurtkę, bo skoro to ma być światowe Tournee to zajmie to na pewno więcej, niż rok. Po zapakowaniu bagażu zeszłam do Michaela. Czekał na mnie na kanapie. Obok niego siedział Luka. Zasiadłam po drugiej stronie. Oparłam głowę na jego ramieniu. Tak jak myślałam wybrał horror. Większość takich filmów mnie nie ruszała. Czasem tylko zdarzył się taki, który mógł mnie wystraszyć. W połowie filmu zaczęłam zasypiać. Położyłam głowę na jego kolanach i zasnęłam. Obudziłam się w środku nocy. Leżałam dalej z głową na jego kolanach, a on głaskał mnie po głowie.
-Hej- powiedział uśmiechnięty, kiedy zobaczył, że nie śpię.
Przeciągnęłam się i usiadłam. Mike wziął moją głowę i poodgarniał mi włosy z twarzy.
-Tak lepiej- odrzekł.
-Chyba pójdę już spać.
Dałam jeszcze Michaelowi pościel i sama położyłam się spać. Jutro zaczyna się przygoda...
Subskrybuj:
Posty (Atom)