kursor

środa, 12 lutego 2014

Rozdział XXIX

Kiedy się obudziłam, spałam w jego ramionach. Tulił się do moich pleców. Odwróciłam się twarzą do niego. W tej ciszy słyszałam jego miarowy oddech. Nagle otworzył oczy. Uśmiechnął się do mnie, pocałował i zapytał:

-Jak się czujesz?

-Zaskakująco dobrze.

Oparłam głowę na jego piersi i mocno się do niej przytuliłam. Mike objął mnie ramieniem i zaczął głaskać moje biodro.

-Kocham cię- powiedziałam cicho.

-Ja ciebie też, ale czy coś się stało?

Wzruszyłam ramionami.

-Nie. Chyba po prostu miałam ochotę ci to powiedzieć.

Cmoknął mnie w czubek głowy. Mocno objęłam jego silny brzuch. Nagle Mike zaczął mnie łaskotać.

-Mike przestań!- zaśmiałam się.

Pochyliwszy się nade mną, przyłożyłam dłoń do boku jego szyi, a potem przejechałam nią, przez ramię, aż do jego piersi.

-Wszystko w porządku?- zapytał widząc moją minę.

-Zastanawiam się tylko, jak to dalej będzie...

-W jakim sensie?

-Ty jesteś wielką gwiazdą, a ja... nikim.

-Błagam. Znowu zaczynasz? Jessie, co to za różnica? Powiem ci szczerze, że czasem wolałbym być zwykłym człowiekiem, niż teraz sobą. Chciałbym czasem wyjść na miasto i nie martwić się tymi wszystkimi plotkami i innymi. Niczym się nie różnimy.

Spojrzałam w okolice jego podbrzusza i uniosłam brew.

-Jesteś pewien?

Spojrzał tam gdzie ja.

-No może nie licząc tego. Ale pod każdym innym względem jesteśmy tacy sami.

Zerknęłam na jego klatkę piersiową, a on spojrzał na moją.

-Ta różnica jest akurat przyjemna.

Zaśmiałam się lekko.

-Więc widzisz. Jess, kocham cię nad życie i chcę, żebyś była szczęśliwa. Nie mogę patrzeć, jak jesteś smutna. Boli mnie od tego serce.

-Chciałabym żebyś był szczęśliwy.

-A wiesz czego ja bym chciał? Na początek twojego szczęścia, pięknego domu, spokojnego życia, dzieci... naszych dzieci i chciałbym przeżyć z tobą resztę moich lat. W moich snach widzę twoją uśmiechniętą twarz, a wokół biegają małe dzieciaczki ze szczeniakami. Podchodzę do ciebie, obejmuję i delikatnie całuję. Nie miał tam miejsca ani jeden smutny gest. Jesteś cały czas szczęśliwa.

-Jestem szczęśliwa, gdy widzę, jak cieszysz się z najmniejszej drobnostki. Kocham twój uśmiech, twoje iskierki w oczach. Ale ty jesteś Jackson. Michael Jackson. Gwiazda muzyki, uwielbiany przez miliardy, a ja? Ja jestem zwykłą dziewczyną, która wpakowała się do twojego życia.

-O nie. Wyjaśnijmy sobie coś droga panno. To ja wpakowałem cię do swojego życia. I zrobiłem to świadomie. Zrozum w końcu uparciuchu! Kocham cię i nigdy nie przestanę! Jesteś jak lekarstwo na moją depresję! Tylko ty trzymasz mnie przy życiu! Inaczej skoczyłbym już z budynku!

Uśmiechnęłam się.

-Mój kochany wariat.

-Tylko twój. Powiedz to.

-Tylko mój.

Mike pocałował mnie, a ja mocno oplotłam jego szyję rękoma.

-Rozumiesz w końcu? Jesteś moim szczęściem- szepnął mi do ucha- I jeżeli zaczniesz się targować, to więcej się nie uśmiechnę.

Westchnęłam.

-Zgoda.

Mike zszedł ze mnie i położył się obok. Chwilę jeszcze poleżał koło mnie, bawiąc się moimi włosami. Potem wstałam i zaczęłam się ubierać. Ułożył się na boku i podpierając głowę na ręce uważnie mnie obserwował.

-Krępujesz mnie- odrzekłam.

-Chyba nie dajesz mi do zrozumienia, że mam wyjść?

-Nie, ale chociaż nie patrz na mnie takim wzrokiem.

-Jakim?

-Jakbyś chciał się na mnie rzucić.

-Nie twierdzę, że tak nie jest. Ledwo się wstrzymuję, żeby cię teraz nie porwać.

Próbowałam zapiąć stanik.

-Kochanie, pomożesz mi?

Wyskoczył z łóżka jak oparzony. Podszedł do mnie i zaczął się szarpać z zapięciem.

-Wolę jak już to go chyba odpinać.

-Nie wątpię.

-Gotowe.

Odwróciłam się i spojrzałam na Mika, który nie miał nic na sobie.

-Ty też się ubieraj, bo chciałabym jednak coś zjeść.

-Ja mógłbym zjeść ciebie- pocałował mnie w szyję.

Zrozumiałam, że on chce mnie zbajerować, żebym nie zdążyła na śniadanie.

-O nie, nie, nie mój kochany. Mam zamiar iść, nawet jeżeli ty nie zdążysz się ubrać. Mogę iść sama. Masz dwadzieścia minut, żeby się ubrać, albo idę bez ciebie.

Mike zaczął przewracać wszystko w szufladach. Po dziesięciu minutach był ubrany. Oczywiście koszula, którą założył była źle pozapinana. Podeszłam i zaczęłam rozpinać mu ją. Chyba źle odebrał moje intencję.

-Dopiero się ubrałem- uśmiechnął się.

-Nie wiem, czy zauważyłeś, ale masz ją źle zapiętą.

-Oł. Emmmm...

-Właśnie. I jak zwykle twoim największym wrogiem jest kołnierz.

-Cóż poradzić?

-Jasne. "Nie umiem, to Jessie coś poradzi", prawda?

-Może...

Spojrzałam na jego spodnie.

-Nie mów, że spodnie masz też źle zapięte- załamałam się,

-Najwyraźniej.

Rozpięłam jego spodnie i zaczęłam zapinać je prawidłowo.

-A teraz się pośpiesz, bo mam zamiar coś zjeść.

-Już lecę.

Pobiegliśmy oboje, trzymając się za ręce, do jadalni. Następny dzień był wyjątkowy...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz