-Mike! Co się stało?!
-Noga.
-Pokaż.
Odsłoniłam jego zabandażowaną łydkę. Mocno krwawiła.
-Musimy zmienić ci bandaż i odkazić ci ranę. To może trochę boleć.
Wzięłam z apteczki spirytus i bandaż. Odwinęłam mu stary i namoczyłam wacik spirytusem. Mike krzyknął z bólu.
-Przepraszam. Wytrzymaj jeszcze chwilę. Tylko założę opatrunek.
Ciężko oddychał. Musiało go bardzo boleć. Potem przytuliłam się do niego, aby go uspokoić. Mocno mnie objął dysząc.
-Cśśśśśśśś- uspokajałam go- Już wszystko w porządku. Spróbujesz usiąść?
Pokiwał głową. Pomogłam mu wstać i usiadł na łóżku, a ja obok niego.
-To wygląda coraz gorzej...
-Wiem. To chyba koniec kariery.
-Na pewno znajdziemy jakiś lek.
-Jeden na świecie taki istnieje. Sprzedają go na bazarze niedaleko, ale to bardzo niebezpieczna okolica. Obiecaj mi, że nie pójdziesz tam sama.
-Obiecuję.
Mike zmierzył mnie wzrokiem.
-No dobra. Pozwolisz, że jeszcze trochę pośpię? Miałem ciężką noc.
-Jasne.
-To dobranoc.
-Dobranoc.
Zamknęłam za sobą drzwi. No to czas na bazar. Wiem, że Michaelowi obiecałam co innego, ale nie mogłam pozwolić, aby tak cierpiał. Wzięłam ze sobą Lukę. Poszłam z nim po to lekarstwo. Było tam naprawdę niebezpiecznie. Co chwilę nas ktoś zaczepiał. Luka nie przestawał warczeć. W końcu doszłam do stoiska.
-Dzień dobry. Szukam pewnego leku...
-Niech zgadnę. Krwawienie z rany i ostry ból?
-Tak, ale skąd pan...
-Nie pytaj. To będzie sto dolarów.
-Sto dolarów?!
-Ten lek normalnie kosztuje dwieście, ale kto by u mnie taki kupił?
-Zgoda.
Zapłaciłam kupcowi i wróciłam do Mika. Po drodze spotkałam jego choreografa.
-Nie wie pan, gdzie jest Michael?
-Chyba właśnie się obudził.
-Dziękuję.
Poszłam do jego garderoby. Zapukałam.
-Proszę.
Weszłam dokładnie wtedy, kiedy chciał zakładać koszulkę. Kiedy zobaczyłam jego wyrzeźbione ciało zamarło mi dech w piersiach i stanęłam jak wryta.
-Jessie- dopiero wtedy się ocknęłam- Czy to jest to co myślę?
Spojrzałam na butelkę z lekarstwem. Michael założył ręce na piersi i westchnął.
-Prosiłem, żebyś tam nie szła.
-Musiałam. Nie mogłam patrzyć jak cierpisz.
Podszedł bardzo blisko mnie i założył kosmyk moich włosów za ucho.
-Jestem dorosłym człowiekiem. Zdzierżę wszystko.To nic takiego.
Po chwili patrzenia sobie nawzajem w oczy dodał:
-Ale odważna jesteś.
Zarumieniłam się. Wreszcie coś zaczęło iść dobrze...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz