kursor

piątek, 10 stycznia 2014

Rozdział XVI

Dojechaliśmy na tor. Mike wsiadł do auta i założył kask. Jego ekipa dopompowywała jeszcze opony.

-Trzymaj się z dala od toru- powiedział mi podnosząc szybkę od hełmu. 

-Spokojnie. Nie jestem małym dzieckiem,

Zerknął na mnie z niepewnością, ale jednocześnie się uśmiechał. 

-Masz dwie minuty- powiedziałam- Lepiej podjedź już na start.

-Się robi szefie.

Michael podjechał ostrożnie do linii startu. Na zegarze pojawiły się sekundy do rozpoczęcia wyścigu. Pięć, cztery, trzy, dwa jeden... Zobaczyłam tylko, jak bolid numer trzynaście pojechał na przód z Mikiem w środku. Miał do zrobienia dwieście okrążeń. Po pięćdziesiątym podjechał do boksu.

-Starły mi się opony. Czy moglibyście je...

-Już.

-Ale ja nawet nie zdążyłem...

-Nie czas na gadanie. Jedź!- odrzekłam- Uważaj na siebie.

-Obiecuję.

Wyjechał. Miałam nadzieję, żeby ten wyścig szybko się skończył. Niestety skończył się bardzo szybko, ale tragicznie. Michaelowi pękła opona i przegrzał się silnik. Zaczął dachować. Zatrzymał się na trawie, na środku toru. Nagle wszystkie auta stanęły. Podbiegli ratownicy. Ja byłam zaraz po nich. Pomagałam im z Mikiem, którego dopiero co wyciągnęli z mobilu. Próbowałam go obudzić. 

-To nic nie da. Musimy odwieźć go do szpitala- odrzekł jeden ratownik. 

-Mogę pojechać z wami?

-Oczywiście. 

Wsiadłam z nimi do karetki. Całą drogę trzymałam go za rękę. 

-Żyje, tylko jest nieprzytomny- powiedział ratownik widząc moją zmartwioną minę.

-Ale wyliże się z tego?

-Miejmy nadzieję.

Michael miał złamaną rękę, dużo siniaków i masę ran, na szczęście nie dużych i nie groźnych. W końcu dojechaliśmy. Szybko przewieźli go na salę obserwacyjną. Usiadłam i czekałam na cud. Czy on się w ogóle wybudzi? Modliłam się o to. Po dwóch godzinach lekarz wyszedł do mnie. 

-Żyje. Jest w dobrym stanie, ale trochę będzie musiał tu poleżeć. 

-Czy mogę się z nim zobaczyć?

-Tak, ale nadal się nie obudził. Może to trochę potrwać.

-Dziękuję.

Weszłam do jego sali. Usiadłam obok i złapałam jego dłoń. Głaskałam go delikatnie po włosach, aby się uspokoić. Wydaje mi się, że to ja byłam bardziej zdenerwowana, niż on. Jedyne, co mogłam robić, to modlić się do Boga, aby dał mu szansę. Życie bez niego nie byłoby już takie samo. Obudziłam się z głową przy jego ramieniu, siedząc na krześle. 

-Proszę. Wróć- wyszeptałam.

-Jeszcze nigdzie się nie wybieram.

Podniosłam energicznie głowę. Michael patrzył na mnie swoimi brązowymi oczami. Rzuciłam się, aby go przytulić. Uważałam na jego złamaną rękę. Twarz miał w małych zadrapaniach.

-Ty żyjesz!- krzyknęłam szczęśliwa.

-Nie tak łatwo jest się mnie pozbyć- odrzekł żartobliwie. 

Wtuliłam głowę w jego ramię. Głaskał mnie lekko i szeptał, abym się uspokoiła. 

-Siedziałaś tu przez całą noc?

Kiwnęłam głową. 

-Nie musiałaś.

-Cicho. Najważniejsze dla mnie jest to, że żyjesz.

Najwyraźniej Bóg dał mu szansę...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz