Mike wypił lekarstwo. Oddał mi fiolkę, po czym zaczął kaszleć.
-Ale ohyda.
-Hmmm... Skutki uboczne to: wymioty, zawroty głowy, głuchota, kalectwo i śmierć.
-Że co?!
-Żartowałam.
Michael powiedział stanowczo:
-Zobaczysz, jak cię złapię, to proś Boga o litość.
I zaczął mnie ganiać po całej garderobie. Oczywiście dałam mu fory, bo co prawda już nie potrzebował laski, ale dalej kulał. Zagonił mnie w stronę kanapy. Kiedy się zbliżył oboje polecieliśmy na materac. Los trafił, że on był nade mną. Spojrzałam w jego brązowe oczy. Były przepełnione troską, a może czymś więcej... Zrobiłam się czerwona. Wydawało mi się, że powoli się jakby zbliżał. Zarumieniłam się i czekałam uśmiechnięta na to, co się stanie. Jego oczy przypominały mi polującego kota. Miał nawet takie ruchy. Opierał się tylko na rękach. Jego loki delikatnie opadały w dół. Nachylił się i szepnął mi do ucha:
-A teraz przyznaj, że wygrałem.
-No dobrze. Niech ci będzie, że wygrałeś.
Uśmiechnął się, wstał i pomógł mi się podnieść zadowolony z siebie. Przewróciłam oczami.
-Straszny jesteś.
-Wiem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz